Joaquin Herrera MSC
Tytuł
oryginału: AMOR SEM FRONTEIRAS
Ta
książka jest streszczeniem dzieła „Juliusz Chevalier.
Człowiek i jego misja”
ks. Eugen J. Cuskelly, Superiora Generalnego Misjonarzy Najśw.
Serca Jesusowego.
Ediciones
Misioneros del Sagrado Corazón, 1981
Tłumaczenie:
ks. Tomasz Kundzicz MSC
Ta
książka nie jest niczym oryginalnym i nie ja ją napisałem.
Prawie cała jej zawartość została zaczerpnięta z
utworu ks. Eugen J. Cuskelly, Superiora Generalnego
Misjonarzy Najświętszego Serca Jezusowego, „Juliusz Chevalier.
Człowiek i jego misja”(Man with a Mission. Jules Chevalier).
Książeczka ta jest krótkim
streszczeniem tego właśnie dzieła. Pomijam przypisy,
zachowując cytaty, aby ułatwić Czytelnikowi odbiór utworu.
Chcę przedstawić w fotograficznym skrócie fakty, idee,
działalność i sposób zachowania człowieka, który z
własnej i nieprzymuszonej woli poniżał się, bo chciał być traktowany
jako narzędzie, którym Bóg się
posługuje, aby zanieść światu miłosierdzie.
Tobie,
niespokojny młodzieńcze, który szukasz prawdy i sprawiedliwości,
który stajesz naprzeciw rzeczywistości, w której żyjesz, który
przejmujesz się losem bliźnich, który kochasz Chrystusa, ta
książeczka może pomóc
znaleźć odpowiedź na pytania zadawane przez życie.
Być może już słyszałeś o Misjonarzach Najświętszego
Serca Jezusowego..., te strony mogą pomóc Ci
dzielić się swoimi przeżyciami, swoim niepokojem, swoimi duchowymi
blaskami i cieniami.
Ks. Joaquin Herrera MSC
Chevalier
urodził się w Turene (Francja), w małej miejscowości
Richelieu (2.500 mieszkańców), na wschód od
Issoudun. Rodzina żyła w biedzie, ojciec nie był za bardzo
religijny. Pobożność była czymś bardzo rzadkim w
tamtym okresie w tym regionie Francji, gdyż po Wielkiej Rewolucji
Francuskiej wychowanie religijne było źle widziane. Mimo to Jan Karol
Chevalier był człowiekiem dobrym, ochrzczonym katolikiem, który
otrzymał sakramenty tuż przed śmiercią. Ożenił
się z Luizą Orly 22 stycznia 1811 roku. Miał wtedy 28 lat, ona
18. Pierwsze dzieci to Karol i Luiza. Jako trzecie dziecko, 15 marca 1824 roku przyszedł
na świat Juliusz.
Luiza była
bardzo religijna, tak jak wszystkie matki wychowywała dzieci zgodnie z
dekalogiem. Nauczyła Juliusza poszanowania cudzej własności i
zrobiła to wzorowo. Pewnego razu Juliusz, bedąc jeszcze dzieckiem,
idąc z matką do sklepu ukradł jabłko ze stoiska. Kiedy
przyszli do domu, matka go zaskoczyła gryząc jabłko i
każąc mu wrócić, aby oddał ukradziony owoc, mimo
że był ugryziony. Juliusz nie zapomniał tej lekcji wychowania do
końca życia.
Luiza
nauczyła go także innych dobrych rzeczy: jak opanować swój
wybuchowy temperament, odziedziczony po ojcu, jak okazywać dobry humor,
jak zachowywać się w sytuacjach trudnych. Nauczyła go odwagi,
męstwa i stanowczości. Przekazała mu też
skłonność do praktyk religijnych.
Juliusz
wzrastał w środowisku chłopców, których żarty często zamieniały
się w bójki, a powaga ministranta nie okazywała się
wystarczająca w chwili meczu.
Mając 11 lat musiał
opuścić świat dzieci i nagle dorosnąć. Jego rodzina
była uboga. Trudna sytuacja zmusiła ojca do otworzenia własnego interesu. Najpierw
próbował być sprzedawcą zboża, lecz ostatecznie został piekarzem.
Interes nie szedł mu najlepiej i rodzinie ledwie starczało na
zaspokojenie podstawowych potrzeb. Niedługo po przyjęciu Pierwszej
Komunii, 29 maja 1836 roku, Juliusz powiedział o swojej decyzji zostania
księdzem, o której to myślał już od pewnego czasu.
Poprosił
rodziców, aby go wysłali do Niższego Seminarium w Tours, gdzie
znajdowali się niektórzy z jego przyjaciół i kuzynów. Matka dała
mu do zrozumienia, że rodzina nie ma możliwości opłacania
seminarium. Poradziła, żeby zaczął pracować w
jakimś zawodzie i pozostawił swoją przyszłość
Bogu, bo jeśli taka jest Jego wola, wcześniej czy później
dopomoże Juliuszowi być księdzem. Zawiedziony chłopiec
płacząc powiedział: „Dobrze więc,
będę uczył się jakiegoś zawodu, skoro nie mam innego
wyboru. Kiedy jednak będę miał wystarczające środki,
będę szukał jakiegoś klasztoru, prosząc o
przyjęcie i w ten sposób będę mógł skończyć
studia i stać się księdzem”. Matka zaśmiała się, a koledzy
słysząc tę historię pytali złośliwie, kiedy
pójdzie do seminarium.
Juliusz
zaczął pracować. Został szewcem, bardziej zainteresowanym
oszczędzaniem pieniędzy na studia niż reperowaniem butów. Nie ma
wątpliwości, że bardzo dojrzał na tym etapie
życia. Łączył entuzjazm młodzieńca z odpowiedzialnością
dorosłego człowieka, wykonując w tym samym czasie podwójne
zadanie: uczenia się zawodu i przygotowywania się do
kapłaństwa. Jako przyszły ksiądz czuł, że nie
może brać udziału w „rozrywkach światowych” swoich kolegów,
takich jak picie wina, spotkania w barach. Spędzał większą
część wolnego czasu w parafii, pomagając najuboższym.
Zaczął uczyć się łaciny, wstawał bardzo wcześnie, chodził
spać późno. I było czymś zupełnie naturalnym, że
koledzy naśmiewali się z niego . On jednak przyjmował to
wszystko z humorem i spokojem.
Stawiał czoło trudnościom
z odwagą i stanowczością żołnierza. Zrozumienie jego
charakteru pomoże nam przypomnienie dwóch faktów, które ukazują jego
niekontrolowane zachowanie
w pewnych
okolicznościach.
Jeden z
chłopaków, zatrudnionych u szewca Dellamotte, gdzie Juliusz uczył
się zawodu, okazywał swoją niechęć wobec Juliusza do
tego stopnia, że sąsiedzi skarżyli się Dellamotte: „Juliusz powinien dać chłopakowi
nauczkę”. Juliusz na początku znosił to wszystko, aż którejś
nocy nie wytrzymał.
„Słuchaj, co ci mam do powiedzenia, smarkaczu: jak
podniosę rękę, to cię rodzona mamusia nie pozna”. „A... więc to tak?” - odpowiedział drugi.- „Nauczę cię rozumu!”
i nie czekając ruszył w kierunku Juliusza. W
odpowiedzi otrzymał pięścią w nos, polała się
krew. „Na pomoc! Chcą mnie zabić!” - krzyczał. Kilka dni później (podobne
historie zdarzają się wszędzie) chłopak, który
oberwał, wezwał Juliusza na spotkanie z jego starszym bratem, który
miał dać Juliuszowi nauczkę. On zaś odpowiedział,
że nie będzie się spotykał z żadnym bratem, ani z
dużym, ani z małym. W tej sytuacji zdziwiony rywal zaprosił go
do baru na kielicha!
Kilka lat później w życiu Juliusza
miało miejsce inne wydarzenie. Było to w kaplicy Niższego
Seminarium. Juliusz klęczał z przodu, a za nim - dwóch kolegów, takich, którzy lubią sobie
stroić żarty z młodszych. Popchnęli go tak, że
stracił równowagę i padł plackiem na podłogę. Jeden z
kolegów próbował jeszcze powtórzyć żart. Juliusz napisał o
tym później: „Zamiast się podnieść i uciekać,
odwróciłem się i tak go spoliczkowałem, że długo o tym
pamiętał i
nigdy więcej nie próbował
już tego robić”.
W seminarium Juliusz bardzo żałował
tego uczynku. Postanowił pracować nad własnym charakterem, aby
być dobrym księdzem. Nieustannie się kontrolował,
narzucił sobie bardzo surową dyscyplinę w życiu
seminaryjnym. W ostatnich latach swojego życia był oceniany
przez innych jako zbyt surowy dla siebie.
Na początku
1841 roku przejeżdżał przez Richelieu człowiek nazywany
Justo (Sprawiedliwy). Miejscowość ta nie
leżała na trasie jego podróży. Jechał tędy bez
żadnego celu. Jednak, jeśli wierzymy, że Opatrzność
dopuszcza działania nieprzewidziane, powinniśmy widzieć w tym
Palec Boży. Justo był administratorem lasów niedaleko Vatan,
Jeśli Bóg
chce czegoś, realizuje to nawet wtedy, gdy jest to bardzo trudne.
Rodzina Chevalier
przeniosła się z Richelieu do Vatan w marcu 1841 roku, a
dokładniej - do domu oddalonego 7 kilometrów od tej miejscowości,
liczącej 3 tys. mieszkańców. Zamieszkała w domu przeznaczonym
dla leśnych stróżów. Juliusz chodził codziennie pieszo
Marzenie
chłopca się spełniło, mimo że musiał pokonać wiele trudności.
Jako siedemnastolatek znajdował się pomiędzy chłopakami o 4
czy 5 lat młodszymi od siebie. Przyjechał z Richelieu, nie z Berry, był więc obcy ze
względu na pochodzenie i na wiek.
Chevalier wyznał później, że to był jedyny moment, w którym
miał wątpliwości co do swojego
powołania; miał pokusy zostawienia seminarium i powrotu do domu.
Jednak dobre rady przełożonego i myśl o Wyższym Seminarium
w Bourges pozwoliły mu przetrwać kryzys i skończyć studia.
W Bourges był
uważany przez wszystkich za wzorowego kleryka, cnotliwego, szczerego i
pracowitego. Ciekawe są
opinie kolegów. Wszystkie one odnotowują, że być
może nie był on studentem bardzo inteligentnym, pracował jednak
z niezmordowaną stanowczością i był obdarzony
wspaniałymi cechami charakteru: „doskonały w pobożności,
choć o przeciętnej inteligencji”.
Trzy
doświadczenia nacechowały poważnie jego życie duchowe w
okresie seminaryjnym, przygotowując go do wypełnienia misji.
Pierwsze, jak gdyby objawienie, że sprawy ludzkie są
przemijające wobec Boga, miało miejsce podczas wyprawy z klerykami .
Było to
zimą, prawdopodobnie 1842 roku, kiedy to Chevalier był jeszcze w
Seminarium Saint Gaultier i studenci wybrali się na wycieczkę
wzdłuż rzeki Creuse, niedaleko zamku Conives.
Trzech z nich,
najbardziej śmiałych, postanowiło zejść z góry
urwistą drogą. Zaczęli się zsuwać po śniegu. Dwóm
z nich udało się zatrzymać, łapiąc się
wystających krzaków, kilka metrów nad przepaścią. Chevalier
upadł i zsunął się dalej; kiedy udzielono mu pomocy, nie
dawał znaków życia. Ksiądz, który był z nimi,
myślał, że Chevalier stracił życie. Zaniesiono go do
pobliskiego zamku, zapalono przy nim dwie świece i odmawiano różaniec
o zbawienie duszy.
Rektor seminarium, gdy się dowiedział o „śmierci”, bardzo
się zasmucił i wysłał powóz, aby przewieźć
„zwłoki”. Nagle „zmarły” zaczął głęboko
oddychać - ku przerażeniu obecnych, wrócił do
przytomności i został odwieziony do seminarium. W tym samym czasie
rektor zgromadził w jednej z sal wszystkich kleryków, aby odmawiali De
Profundis i czytali tekst Pisma Świętego, mówiący o
niespodziewanej śmierci.Gdy usłyszał,
że podjeżdża powóz, wybiegł wielce wzruszony, aby
przyjąć studenta, którego uważał za zmarłego. Kiedy do
jego uszu dotarło wołanie Chevaliera , że żyje, doznał
gwałtownego wstrząsu. Biedny rektor chorował
przez kilka dni po tym wydarzeniu.
Takie były
zabawne szczegóły tej przygody i trudno sobie wyobrazić, że to
wydarzenie mogło mieć jakiś wpływ na życie duchowe
Juliusza Chevalier’a.
Musimy jednak
przyznać, że było to głębokie i wzruszające
doświadczenie dla kogoś, kto znalazł się tak blisko
śmierci. Po tym wypadku stał się on bardziej poważny i
przeżywał swoją wiarę bardziej świadomie.
Innym ważnym
wydarzeniem, dziejącym się w sferze ducha Juliusza było osobiste wyrzeczenie.
Chodziło o
wyrzeczenie się przyjaźni z jednym z kolegów w seminarium. Była
to normalna przyjaźń, ale Juliusz uważał, że może
ona przeszkodzić mu w jego wysiłku upodabnienia
się do Chrystusa, w dążeniu do doskonałości i w
rozwoju cnót, wymaganych na drodze do kapłaństwa. Uważał za
wielką łaskę Bożą zrozumienie potrzeby wyrzeczenia
się tej przyjaźni, zanim ona stanie się przeszkodą na
drodze do realizacji powołania.
Inną łaską godną
zanotowania była łaska otrzymana podczas rekolekcji w Bourges,
głoszonych przez ks. Mollevaunt od Św. Sulpicjusza. „Jego proste,
gorące i
pełne wiary słowa, wywarły głębokie
wrażenie na mojej duszy. Wyszedłem z tych rekolekcji nawrócony i z
pragnieniem bycia przykładnym klerykiem”.
Przygotowany
przez te i inne wydarzenia oraz łaski w nich zawarte, Chevalier
poddał się wspaniałomyślnie woli Bożej i otworzył się całkowicie na głos Boga.
W okresie
seminaryjnym jego formacja duchowa była zasadniczo chrystocentryczna i
kapłańska, widział w Chrystusie Najwyższego Kapłana,
który w najwyższym stopniu przysparzał chwały Bogu i
wypełniał wolę Ojca. Dziełem kapłana było, o czym
Juliusz marzył, uczestniczyć w dziele Chrystusa i je
kontynuować. Chrystus objąłby go w posiadanie i żyłby
w nim: w ten sposób całe jego życie i działanie powinno być
skierowane ku większej chwale Bożej.
Podkreślano
bardzo wysiłek, aby odtworzyć w sobie „stany wewnętrzne
Chrystusa”, w różnych tajemnicach jego życia. Ulubionymi fragmentami
Pisma Świętego były: „ Żyję nie ja, lecz Chrystus
żyje we mnie” i „Wtedy powiedziałem: oto jestem, aby
spełnić Twoją wolę, Boże”. Jeśli Chrystus ma
zamieszkać i żyć w nas, powinniśmy umrzeć dla siebie
samych. I w tym Chrystus jest dla nas wzorem, ogołocony z Samego Siebie we
Wcieleniu, ofiarowujący się na Krzyżu i w Eucharystii.
Mając jako
centrum Chrystusa, Najwyższego Kapłana i Pośrednika, ta
duchowość powinna koniecznie brać pod uwagę podwójny aspekt
kapłaństwa: Chrystusa oddającego najwyższą
chwałę i uwielbienie Bogu i Chrystusa dającego życie i zbawienie ludziom.
Specyficzny
sposób modlitwy ks. Juliusza Chevalier’a był również
chrystocentryczny, streszczający się w trzech postawach: Chrystus
przed naszymi oczyma-medytacja myślowa, adoracja; Chrystus w naszym
sercu-nasza odpowiedź uczuciowa, komunia; Chrystus w naszych
rękach-jedność z Chrystusem w działaniu.
Skuteczność
tego typu modlitwy polega na tym, że jesteśmy zjednoczeni z
Chrystusem w Jego uwielbianiu Ojca i w Jego dziele zbawienia ludzi.
Podczas
całego swojego życia Juliusz Chevalier bardzo cenił fragmenty
„Listu do Hebrajczyków” (12, 3 i 3,1), które nas zapraszają do utkwienia
wzroku w Chrystusie, Apostole i Najwyższym Kapłanie naszej wiary.
Pod wpływem
tych idei rodził się Założyciel. Już w seminarium
organizował stowarzyszenie najbardziej zagorzałych studentów, które
nazwał Stowarzyszeniem „Rycerzy Najśw. Serca” (Chevaliers du
Sacré-Couer).
„Rycerze”- to nie
była tylko nazwa, było to oznaczenie rzeczywistości tego
Stowarzyszenia. Przedstawiała ona wysokie ideały i entuzjazm młodzieńców,
gotowych iść w świat i walczyć w imię
Chrystusa.
Stowarzyszenie to pomogło Juliuszowi
odkryć jego misję: „...w refleksji któregoś dnia o chorobach, które
zarażały nasz świat” miał odwagę nieco później
napisać: „miałem pomysł, czy raczej dobry Bóg dał mi to
pragnienie, aby założyć Zgromadzenie Księży i Misjonarzy,
którzy mogliby uleczyć te choroby...Im więcej myślałem,
coraz bardziej opanowywały mnie te myśli. Ale gdzie zacząć
wspólnotę? Natychmiast przyszła mi do glowy myśl o Issoudun, o czternastu tysiącach
mieszkańców”. Przyszło mu to na myśl, gdyż Issoudun
miało renomę miasta wielkiej obojętności religijnej,
podobnie jak stara prowincja Berry, która w tamtym czasie jeszcze nie
wyróżniała się
zapałem religijnym.
W ciągu
dziesięciu lat seminarium człowiek pobożny, zdecydowany i
szlachetny może zajść bardzo daleko. Człowiek, który
studiuje i modli się, może zbiżyć
się do Chrystusa. Juliusz był jednym z takich ludzi.
Otrzymał
święcenia kapłańskie 14 lipca 1851 roku. Pierwsze lata
swego kapłaństwa poświęcił opiece nad księżmi: chorymi i w
podeszłym wieku, pozostającymi w diecezji.
ISSOUDUN ! Uroczystość wzbudziła
wspomnienia pragnień z lat seminaryjnych. Czyżby
więc ten znak, który przez cały czas przewidywał,
był jego misją? Po tym, jak przechodził z jednego końca
ziemi na drugi, czyżby w końcu doszedł do ziemi, którą Pan
mu wyznaczył? Rozważając te i inne pytania doszedł do
Issoudun, gdzie spotkał się z drugim wikarym, mianowanym trzy
miesiące wcześniej, Sebastianem Emilio Maugenest, kolegą z
seminarium, z którym omawiał pomysł założenia zgromadzenia.
Ten zbieg
okoliczności wydał się Chevalier’owi oczywistym znakiem, iż było wolą
Bożą zacząć realizować przez tyle czasu obmyślany
plan uformowania grupy „Misjonarzy Najświętszego Serca Jezusowego”.
Po miesiącu refleksji nad tą ideą opowiedział o tym po raz pierwszy Maugenest’owi i mógł z
radością stwierdzić, że on podzielał jego entuzjazm.
Młodzi entuzjaści
nie mogli jednak zrobić niczego bez zgody swojego proboszcza - ks. Crozat,
któremu musieli wyjawić swoje plany. Ks. Crozat był starym
kapłanem, który modlił się i zawsze pragnął nawrócenia
ludzi z Issoudun. Jego zdrowie szwankowało. Był on z natury
człowiekiem nieśmiałym i nie miał energii,
niezbędnej do realizacji zmian, tak
potrzebnych wśród ludzi
obojętnych religijnie.
Kiedy dwóch
młodych wikarych opowiedziało mu o swoich planach, poczuł,
że ich entuzjazm i młodzieńcza energia są nadzieją dla
Issoudun. „Nie tylko podzielam wasz pomysł i
uczucia”- powiedział, „ale pomogę wam we wszystkim, co potrzebne do
założenia Domu Misjonarzy Najświętszego Serca w Issoudun;
jeśli uda wam się go założyć, będę mógł
zaśpiewać mój Nunc Dimitis”.
Mimo poparcia
swojego zacnego proboszcza wikarzy czuli się bezsilni. Odczuwali potrzebę
jakiegoś znaku, że Bóg rzeczywiście chce tego dzieła.
Stało się to pod koniec listopada 1854 roku, kiedy Kościół
na całym świecie przygotowywał się do ogłoszenia
papieskiego dogmatu o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi
Panny dnia 8 grudnia. Poprzedniego
dnia postanowili odprawić Nowennę i zakończyć ją 8 grudnia.
Prosili Maryję, aby uzyskała u Swego Boskiego Syna znak, że to
dzieło było inspirowane Jego wolą i błagała, żeby
On udzielił
im środków do realizacji.
Nowenna
zakończyła się w kościele parafialnym w sposób
dość oryginalny. Ks. Maugenest wymalował specjalny obraz na
tę okazję i ktoś to skomentował w ten sposób:
„Jeśli Matka Boża wysłuchała ich modlitw, na pewno
nie było to ze względu na miłość do sztuki”.
„Jeśli nasza
prośba zostanie wysłuchana”- przyrzekali - „będziemy się
nazywać Misjonarzami Najświętszego Serca. Naszą
szczególną misją będzie przysparzać specjalnego kultu:
adorując, zadość czyniąc i czcząc
Najświętsze Serce, tron mądrości, miłości i
miłosierdzia, szerzyć ten kult wszędzie i dać poznać
ludziom, na ile to możliwe, bogactwa uświęcające, które ono
posiada, a
także robić wszystko, aby Maryja była poznana i czczona w sposób
specjalny, wszystkimi możliwymi środkami”. Ich modlitwa została
wysłuchana i dlatego też dzień 8 grudnia 1854 roku uważa
się za początek Zgromadzenia Misjonarzy Najświętszego
Serca. Po zakończonej Mszy Świętej podszedł do księdza
Chevalier’a jeden z nielicznych gorliwych parafian, Petit z listem od Felipe de
Bengy’a. „Ofiarodawca anonimowy chce przekazać
20.000 franków na dzieło, dla dobra duchowego
mieszkańców Berry, w pierwszym rzędzie, na dom misyjny”. Jedynym
warunkiem było uzyskanie zgody Arcybiskupa Bourges.
Młodzi
księża cieszyli się bardzo, śpiewali hymny dziękczynne.
Ich stary proboszcz podzielał ich wiarę i wdzięczność,
i zaczął myśleć o środkach praktycznych, aby
uzyskać zgodę kardynała. Za niecały miesiąc wysłał
ks. Chevalier’a do kardynała z listem, który napisał z wielką
ostrożnością. Kardynał Dupont odpowiedział, że
może zaakceptować pomysł fundacji misyjnej. Zasugerował,
że wikarzy powinni mieć trochę więcej konkretnych
środków, nie tylko stypendia mszalne i ufność w
Opatrzność. Zgodził się na autoryzację dzieła,
jeśli będą mieli odpowiednie zabezpieczenie ekonomiczne. I
dodał: „Możecie prosić Matkę Najświętszą, aby
kontynuowała to, co zaczęła”. Ks. Chevalier i ks. Maugenest
wrócili do domu i
zdecydowali się
rozpocząć drugą Nowennę, którą
zakończyliby 28 stycznia 1855 roku.
Ks. Crozat nie
miał wątpliwości co do nowenn -
był przecież świadkiem niesamowitej odpowiedzi na pierwszą
nowennę. Dlatego tym razem zdecydował się
współdziałać osobiście, zbierając środki.
28 stycznia
powiadomił swych wikariuszy, że ofiarodawca anonimowy (naprawdę
była to osoba znana, ze szlachty francuskiej, Viscondessa de Quesne)
zobowiązuje się dać im rocznie 1000 franków. Z tego mogliby
żyć. Kardynał przekonał się: „Jest w tym Palec
Boży”. Mimo opozycji ze strony Rady Diecezjalnej zatwierdził
dzieło księży Chevalier’a i Maugenest’a.
„Obiecałem tym dwóm księżom”- powiedział, „że
jeśli mi przedstawią nowy znak woli Bożej, zdobywając
środki, autoryzuję ich projekt. Udało im się i czuję
się zobowiązany. Dlatego decyduję się tych dwóch
kapłanów z Issoudun powołać do przewodzenia Zgromadzeniu. Na ich
miejsce mianujemy innych”. W ten sposób ks. Chevalier i ks. Maugenest mieli
możliwość zrealizować swoje marzenia. Stało się
to w 1855 r. Do lipca 1856 roku nowy członek dołączył do
tej wspólnoty. Był to ks. Karol Piperon.
W niedzielę
8 września 1855 roku, Święto Narodzenia NMP, „misjonarze
objęli oficjalnie swoją pierwszą siedzibę i otrzymali
nazwę Misjonarzy Najświętszego Serca.” Ten zapis księdza
Chevalier jest prawdziwy, choć niekompletny.
Trzeba
dodać, na przykład, że spichlerz zbożowy
przekształcono w
kaplicę. Posiadając bardzo mało środków
księża nie mogli sobie pozwolić na kupno czegoś
luksusowego. Kupili dom, od dawna opuszczony, razem ze spichlerzem.
Znajdował się on w ogrodzie obok winnicy. Od razu zaczęli intesywnie pracować, aby przeobrazić go w
pierwszy dom swojej wspólnoty religijnej.
Nie była to
łatwa przeprowadzka. Wszystkie pieniądze, które posiadali musieli
wydać na kupno posiadłości. Z pomocą wielu ludzi mogli
jednak zakończyć pracę; Chevalier napisał później:
„zaimprowizowana kaplica wyglądała nędznie i brzydko”. Po
zawaleniu się i zakazie jej używania do celów religijnych ze
względu na grożące niebezpieczeństwo, postanowili
wybudować coś przyzwoitego. Udało się to dopiero w 1864 r.,
kiedy
poświęcono nowy kościół, dzisiejszą
Bazylikę Najświętszego Serca.
Nie wszystkie ich
wysiłki sprowadzały się do spraw materialnych. Byli misjonarzami
i jako tacy oddawali się pracy. Nie przejmowali się za bardzo
nędznie wyglądającą kaplicą, widząc wielu ludzi
ją nawiedzających. Byli natomiast bardzo zaniepokojeni słabym
uczestnictwem mężczyzn w nabożeństwach. Dlatego też
ks. Chevalier zdecydował się założyć „Ligę
Mężczyzn Najświętszego Serca”. W październiku 1856 r.
odwiedzał rodziny i
nawiązał wiele kontaktów osobistych. Po kilku
miesiącach zapisanych było trzydziestu mężczyzn. Raz w
miesiącu, w niedzielę, była odprawiana dla nich Msza Święta. Uczestniczyli
w niej prości
i nieokrzesani ludzie: chłopi, pracownicy winnic, robotnicy...Na Wielkanoc
1857 roku przystąpiło do komunii około
pięćdziesięciu mężczyzn. Po raz pierwszy od początku stulecia
mężczyźni z Issoudun przystąpili publicznie do komunii
św. Do końca roku było ich trzystu, zapisanych do Ligi
Najświętszego Serca Jezusowego.
Ks. Maugenest
był znany jako dobry kaznodzieja i otrzymywał zaproszenia do
głoszenia Słowa Bożego z wielu miejsc. Ich dwóch, on i ks.
Chevalier przyczynili się w sposób decydujący do wzrostu życia
duchowego w Issoudun i sąsiednich parafiach. W tym samym czasie starali
się też organizować swoją wspólnotę zakonną.
Chcieli, aby ich pierwszy rok był rokiem nowicjatu; spędzali
więc dużo czasu na modlitwie i studiowaniu. Musieli
również pracować fizycznie, gdyż nie stać ich było na
opłacenie kogoś do tej pracy. Sami gotowali i sprzątali dom.
Wszystkie zgromadzenia zakonne mają swoje konstytucje i reguły; ks. Chevalier napisał „Regułę MSC”,
którą uważał za tymczasową. Był on superiorem
wspólnoty i rektorem kaplicy publicznej. Zajmował się
duszpasterstwem, kiedy ks. Maugenest oddawał się kaznodziejstwu w
sąsiednich parafiach.
Pod koniec 1856
roku zakończyli nowicjat i na Boże Narodzenie złożyli
śluby. Były to śluby prywatne, gdyż nie uznano ich jeszcze oficjalnie za
zgromadzenie zakonne. Mimo braku tego potwierdzenia czuli się
zobowiązani w swoim sumieniu do zachowywania i praktyki ślubów
zakonnych. Jedynym świadkiem składania ślubów był ich przyjaciel ks. Karol
Piperon, kolega z czasów seminaryjnych, który przybył
dołączyć do nich.
Młoda wspólnota misjonarzy
zaczynała się formować, kiedy wydarzył się przykry
wypadek. Sprawcą był arcybiskup z Bourges. Pamiętamy, że
był on przychylny wspólnocie. Mimo to, kiedy znalazł się w
trudnej sytuacji znalezienia księdza na ważne stanowisko w diecezji,
podjął decyzję, do której sytuacja go zmusiła. Nie
znajdował nikogo do pracy w katedrze i na stanowisko dziekana w Bourges.
Kiedy był zajęty rozwiązywaniem problemu, przybył do
Bourges ks. Maugenest, aby wygłosić kazanie adwentowe w kościele
św. Piotra. Jego homilia jak zwykle zrobiła
dobre wrażenie. Arcybiskup znając jego wiele przymiotów,
uważając go za starszego (miał 28 lat), powiadomił go,
że został mianowany proboszczem katedralnym. Ks. Maugenest protestował,
płakał i proponował inne rozwiązania. Mówił o pracy w
Issoudun. Nic innego nie mógł zrobić. Arcybiskup tak
odpowiedział: „Jestem twoim arcybiskupem i tym samym twoim
przełożonym; jesteś mi winny posłuszeństwo”. Ks.
Chevalier poszedł wstawić się u arcybiskupa, aby zostawił
ks. Maugenest’a, lecz nie odniosło to
żadnego skutku. Był to gorzki cios dla nich obu.
Kardynał nie
tylko zmniejszył liczebność małej wspólnoty, ale
wyrwał najzdolniejszego z nich. Ks. Maugenest, ze swoim urokiem osobistym
i zdolnościami wymowy, pokorną i skromną osobowością,
był tym, który dawał ks. Chevalier ogromne nadzieje na to, że
ich wspólnota nabierze rozpędu. Z łatwością można
zrozumieć zawód, jaki spotkał ks. Chevalier’a, o którym ks. Piperon
napisze: „Ukradli mu jedynego, na którego mógł liczyć. Co mógł
zrobić od tego momentu z jednym tylko towarzyszem i to mało
uzdolnionym?”.
Udali się we
dwóch do klasztoru trapistów w Fontagombault, aby
odprawić rekolekcje. Wrócili z nich zrezygnowani, ale i przekonani,
że wolą Bożą było, aby kontynuować
rozpoczęte dzieło.
Chevalier po wizycie u probosza z Ars, Jana Marii Vianney’a i po odwiedzeniu bazyliki w Paray-le-Monial (miejsce objawień Świętej Małgorzacie Marii Alacoque), utwierdził się w swoim powołaniu i z nowym zapałem i nadzieją utwierdził się w zamiarze kontynuowania zaczętego dzieła. „... Wspinał się na ambonę, którą ks. Maugenest zostawił, choć nie robił tego tak dobrze jak on.” – ks. Piperon zapisał – „ czasami...był rzeczywiście elokwentny”. Kiedy nim nie był, miał mocny i przyjemny głos, i podbijał słuchaczy szczerością i gorliwością, szczególnie, kiedy mówił o „nieskończonym miłosierdziu Najświętszego Serca Jezusa i o wielkości Maryi”.
Wraz z
dewizą, “Aby wszędzie było uwielbiane Najświętsze
Serce Jesusowe” dołączały do Chevalier’a różne osoby, które
swoim oddaniem umacniały rozpoczęte dzieło. Rozwój kultu Matki
Bożej Najświętszego Serca Jezusowego, z koronacją
papieską wizerunku 8 września 1869 roku, było jednym z większych wydarzeń tamtego
okresu. 20 czerwca 1874 r. Zgromadzenie otrzymało
prawa papieskie. Kilka lat wcześniej założyli Niższe
Seminarium, „Małe Dzieło”, z którego wyszło wielu misjonarzy. W
1879 r., w srebrny jubileusz, Zgromadzenie liczyło
sześćdziesięciu trzech członków i rozrastało
się, wychodząc poza granice Francji, wskutek prześladowań i
wygnań, które miały miejsce w tamtym
okresie. W konsekwencji tego misjonarze znaleźli się w Holandii,
Hiszpanii, Anglii i Irlandii.
Dzień 1
września 1881 r. był dniem historycznym i o wielkim znaczeniu w
życiu Zgromadzenia MSC, gdyż tego dnia pierwsza grupa misjonarzy
wyruszyła do „ziemi niewiernych”.W małej kaplicy w Barcelonie, w
Hiszpanii, odbyła się wzruszająca ceremonia pożegnania. Po
południu misjonarze wsiedli na statek „Barcelona” i odpłynęli na
misje do Melanezji i Mikronezji, do Papui, Nowej Gwinei. W
uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa w Rzymie
wyszedł dekret, w którym Stolica Apostolska powierzała misjonarzom
Najświętszego Serca „Wikariat Melanezji i Mikronezji”.
To był początek wielu chwalebnych
stron w historii MSC, trudnych podróży, cierpień i wyrzeczeń
ludzi młodych, którzy umierali z powodu gorączki i wskutek biedy.
Efektem tego ofiarnego wysiłku wielu, którzy odpływali z Europy na
południe i na wschód, było założenie kościołów w
Papuazji, Nowej Gwinei, Wyspach Gilbert, Indonezji i na Filipinach.
Tamten dzień
1 września był dniem historycznym i znaczącym, gdyż
zbliżał do ducha, który był podsycany przez wiele lat w
Zgromadzeniu MSC. ...Ten duch najpierw
wyłonił się w duszy Juliusza Chevalier’a, kleryka: „Czytając
Roczniki Szerzenia Wiary czułem, że pragnienie misji zagranicznych
rodziło się w moim wnętrzu. Czułem się gotowy do
jakichkolwiek wyrzeczeń, aby zanieść światło Ewangelii
niewiernym”.
To pragnienie
musiało pozostać niezrealizowanym na dość długo; po pierwsze:
rektor seminarium poprosił, aby nie wracać więcej do tego
tematu; po drugie: ofiarodawca, od którego zależała
przyszłość MSC, myślał tylko o pracy misyjnej we
Francji. Jednak mimo to dewiza Zgromadzenia „Aby
wszędzie...” była zawsze brana na serio i
rzeczywiście zostało bardzo jasno określone w konstytucjach,
że praca na misjach wśród niewiernych ma być jednym z zadań
młodego zgromadzenia.
Grupa ludzi pobudzonych
duchem misyjnym nie zastanawiała się: wyjechać na misje czy
też nie. Problemem była świadomość, że nie
mają wystarczających środków ku temu. Wreszcie nadszedł tak
wyczekiwany przez ks. Chevalier’a dzień: grupa misjonarzy
Najświętszego Serca odpływała na misje do Oceanii.
Nie mógł
być obecny osobiście w Barcelonie, aby dać im swoje
błogosławieństwo i pożegnać się z nimi, gdyż
w okresie prześladowań wspólnot zakonnych musiał pracować
jako „prosty ksiądz diecezjalny diecezji Bourges”. Pisał: „Nie jest
mi dane być obecnym przy odjeździe naszych kochanych braci, którzy
poniosą miłość do Najświętszego Serca i do Matki
Bożej do Oceanii. Zazdroszczę Wam! Jaką ofiarą jest dla
mnie nie móc Wam pobłogosławić i uściskać Was w tej
uroczystej chwili! Przedstawcie moje przeprosiny...i to, że cierpię, bo nie mogę być w
Barcelonie w tej uroczystej godzinie !”.
Przez wiele lat
całkowicie ich popierał, wysyłając ludzi i pieniądze,
kiedy to było możliwe, animując, udzielając rad,
ukazując im swój szacunek i pisząc listy.
Historia misji ma
wiele heroicznych rozdziałów. Były one pisane z
miłością i podziwem i wciąż są pisane życiem
setek misjonarzy, którzy żyją i pracują w Melanezji i
Mikronezji, w Indonezji i na Filipinach, w Afryce, Ameryce Łacińskiej
i Japonii.
Był to okres
kultu maryjnego. „Do Jezusa przez Maryję” - mówiło stare powiedzenie chrześcijańskie. Przeniknęło
ono życie ludzi, którzy dzięki niemu łatwiej mogli
przyswoić nabożeństwa ku czci Maryi, dzisiaj również
występujące w praktykach liturgicznych. Jezus i Maryja
występowali zjednoczeni w modlitwie i rozumieniu wiernych.
„Tuż po moim chrzcie, moja matka zaniosła mnie do kościoła i ofiarowała Najświętszej Dziewicy i Sercu Jezusowemu. Wiele razy, zwłaszcza w tych ostatnich latach, była zachwycona opowiadając mi raz czy więcej czułą scenę, którą jej umysł i serce przystrajały w iście poetyckie kolory”. Ks. Chevalier zaznaczył w swoich pismach pamiątkę tej konsekracji ze wszystkimi odblaskami autentyczności. Przypomnijmy, że razem z ks. Maugenest’em*- odmawiał nowennę, kiedy myślał, że było wolą Bożą uformować grupę misyjną. Przy tej okazji złożyli przysięgę, na wypadek gdyby ich modlitwa została wysłuchana: rozpowszechniać kult Najświętszego Serca Jezusowego i zrobić „wszystko, co możliwe, aby Maryja była znana i kochana w sposób szczególny.” Widzieliśmy już, jak przy innych okazjach, kończąc Nowennę do Matki Bożej, otrzymywali hojne obietnice pomocy, które umożliwiły realizację dzieła. Nic więc dziwnego, że kilka lat później mogli powiedzieć: „Matka Boża zrobiła wszystko dla naszego Zgromadzenia”.
I tak, wbrew
ideom tamtego okresu i
doświadczeniom osobistym, zwracał się on o pomoc
do Maryi, aby móc nieść ludziom miłość Serca
Jezusowego i robić wszystko, by wzrastali w tej miłości i na
nią odpowiedzieli. W konsekwencji tych okoliczności Chevalier i jego
towarzysze zaczęli myśleć i mówić o Maryi jako o Matce
Bożej Najświętszego Serca Jezusowego.
Latem 1857 r.
podczas wypoczynku z towarzyszami, na którym omawiał plany budującego się
kościoła, zapytał ich, co sądzą o nabożeństwie
i wezwaniu, pod którym Dziewica powinna być czczona w nowym kościele.
Było wiele propozycji. Oczywiście nakłaniał ich do pomysłu, który od dawna tkwił w jego sercu: czcić Dziewicę jako Matkę Najświętszego Serca Jezusowego. Wyjaśniając swoją ideę, mówił, że tytuł Matka Boża Najświętszego Serca Jezusowego wskazuje na Tę, która była błogosławiona pomiędzy wszystkimi niewiastami przez Serce Boga miłującego.
Wyróżnił
ją jako Matkę ludzi, której jedynym pragnieniem jest doprowadzić
ich do Serca jej Syna. Ten tytuł pomaga nam zrozumieć, że nasza
droga Matka, uczestniczka chwały Chrystusa, w chwale niebieskiej, jest
zawsze naszą potężną orędowniczką przed
Najświętszym Sercem swojego umiłowanego Syna.
Wizja ks.
Chevalier’a była wizją Najświętszego Serca Chrystusa w jego
miłości i świata pogrążonego w nędzy. Maryja
znajdowała swoje należne miejsce w tej wizji: blisko Chrystusa, pomiędzy
Nim i światem w potrzebie.
Koncentrując
naszą uwagę na Chrystusie, na tajemnicy Jego miłości „we
wszystkich jej objawach”, zobaczymy Maryję oświeconą blaskiem
chwały Jej Syna. Patrząc na ubogi świat, widzimy Maryję,
uczestniczącą w trosce Jej Syna o świat,
przyciągającą wszelkie łaski i miłość.
Idea była
jasna i prosta. Wszyscy byli nią zachwyceni. Kult utwierdził się
natychmiast. Oczywiście nie wszyscy doceniali treść
teologiczną, jaką ks. Chevalier nadawał temu
nabożeństwu. Wielu było zainteresowanych tylko jego
„siłą wstawienniczą”. Mimo to, mógł to być początek
odkrywania niezgłębionych bogactw serca Chrystusa.
Zaniepokojony,
jak walczyć z obojętnością religijną, Chevalier nie
przestał obmyślać różnych dróg, by tego dokonać.
Arcybractwo było starym skutecznym środkiem do tego, aby
pogłębić życie duchowe świeckich, jeśli uda się
pozyskać ich jako członków. Było wiele faktów wspierających
utworzenie Bractwa Matki Bożej Najświętszego Serca.
Opierało się ono nie na czym innym, tylko na
głównym dziele ks. Chevalier’a, było środkiem do
osiągnięcia celu. Przypomnijmy, że był to okres, w którym
ludzie zwracali się „przez Maryję do Jezusa” i w którym bractwa
wyrażały i podsycały duchowość laikatu.
Lud
odpowiedział z entuzjazmem na nową formę kultu, która „w sposób niepomyślany dotąd” łączyła
Chrystusa, Maryję i ludzi więzią czułej i
współczującej miłości. W ten sposób obojętni i zastraszeni
mogli być zaproszeni do przyjaźni i zaufania w Chrystusie, nawet ci,
którzy nie odpowiedzieli na wezwanie swoich obowiązków religijnych, kiedy
te były przedstawiane w innej formie.
Najstarsze dokumenty Zgromadzenia MSC wyrażają zaniepokojenie ks.Chevalier’a „złem naszej epoki”. W kulcie Najświętszego Serca upatrywał on „lekarstwo na choroby naszych czasów”, które odsłoniło się w zorganizowaniu związku księży, aby walczyć przciwko temu złu. W swojej „Regule Instytutu” i w pierwszych konstytucjach, wyjaśniając możliwości i cele nowego Zgromadzenia, nalegał, iż: „Kult Najświętszego Serca objawia się jako skuteczny środek do zlikwidowania zła w świecie, którego oziębłość rośnie i który jest nękany wielkimi cierpieniami.”
Wniosek, do
jakiego doszli misjonarze, był oczywisty: pracować nad rozszerzeniem
kultu Matki Bożej Najświętszego Serca Jezusowego i utworzeniem
Bractwa pod tym wezwaniem. Było jasne, że osiągnęli
skuteczny środek, aby kontynuować misję gromadzenia ludzi z
wiarą i miłością w sercu Chrystusa.
Rozwój kultu
był rzeczywiście niesamowity. Gdziekolwiek udawali się
misjonarze, stwierdzali, że nowy kult dotarł tam przed nimi. To
upowszechnienie się nabożeństwa do Matki Bożej
Najświętszego Serca Jezusowego było jednym z motywów, który sklonił pewną liczbę młodych obcokrajowców do przystapienia do
Zgromadzenia.
Juliusz Chevalier
był kimś więcej niż człowiekiem czynu, dlatego
opowiadanie o jego życiu w dużej części powinno być
poświęcone temu, co zrobił. Jednak może istnieć
niebezpieczeństwo, że rozważając jego dzieła, stracimy
z oczu człowieka; nie chcemy, aby tak się stało.
Aby
pojąć, z czego składało się jego działanie,
musimy zrozumieć głębokie motywy postepowania
i siłę
ducha, które pobudziły go do realizacji tego dzieła. Tylko dobra
znajomość bogactwa wewnętrznego wyjaśni to, co uwidoczni
się na zewnątrz w sposób tak zaskakujący. Najpierw pojawia
się ogromna jasność wiary, która dawała mu pewność,
że cokolwiek by się nie wydarzyło, Bóg będzie z nim. Po
drugie - zaufanie i przekonanie, że poświęca się misji
specjalnej w Kościele.
Można z
łatwością przedstawić koncepcję jego misji, lecz
zastosowanie jej w praktyce zakłada wejście na krętą i
ciernistą drogę. Można ukazać ją z prostotą,
gdyż on widział ją zawsze w sposób prosty i jasny:
największą potrzebą człowieka jest odnalezienie
szczęścia i sensu życia, nauczenie się wiary w
miłość, jaką Bóg kocha człowieka i pozwolenie, by On
przemienił jego życie.
Całe
dzieło Chrystusa, dla którego był posłany przez Ojca, polegało
na daniu ludziom tej pewności. Juliusz Chevalier był przekonany,
że został wezwany do uczestnictwa w tej misji, aby świat
poznał miłość Bożą. Okazjonalnie kilka razy, ze
względu na silne emocje, zawahała się jego ufność,
lecz mimo to spokój jego ducha pozostał niezachwiany. Był
świadom, iż mógłby mylić się w swoich odczuciach co do woli Bożej, lecz jego ufność
w Boga nigdy nie została zachwiana. Przekonanie co do celowości misji nie
załamało się nawet podczas ogromnych trudności
zewnętrznych takich jak prześladowania we Francji. Tylko w dwóch
momentach możemy wyczuć pewną chwiejność: podczas
długich lat, kiedy jedynym towarzyszem był ks. Piperon i nikt nie
dołączał do nich i podczas ostatniego okresu kryzysu
wewnętrznego MSC.
Nikt nie
osiągnie takiej pewności w wierze i takiej wierności woli
Bożej bez obfitych łask Bożych i bez osobistej,
wspaniałomyślnej współpracy z nimi. Juliusz nauczył
się, że stanowczy i uporczywy wysiłek, mimo przeszkód i
opozycji, w końcu przyniesie rezultaty. Dlatego nauczał, że
wysiłek z zaparciem się siebie, własnej woli, poszukiwanie i
akceptowanie woli Bożej, sprawi, że Bóg uczyni możliwymi nawet
rzeczy bardzo trudne. Juliusz
Chevalier posiadał z natury wysoki stopień stanowczości.
Był człowiekiem, który wychodził poza swoje własne cechy,
aby być calkowiecie oddanym Chrystusowi z solidną i ofiarną
duchowością.
Podczas
całego procesu przemiany wewnętrznej, przeżytego przez Juliusza
Chevalier’a, formował się Założyciel. Cały ten proces
formacyjny jest tym, co nazywamy Charyzmatem Założyciela.
Charyzmat był przedmiotem dyskusji, zwłaszcza po Soborze
Watykańskim II, który postawił instytuty religijne przed
potrzebą aktualizacji i odnowy. Bez zagłębiania się w
pochodzenie i znaczenie, słowo Charyzmat, w naszym przypadku,
moglibyśmy zdefiniować tak: „jest to dar Ducha Św. dany
osobie dla dobra innych...prowadzi go
(Założyciela) do skupienia swojej uwagi na jakimś aspekcie
indywidualnym z życia Jezusa, pobudzając go do naśladowania
Chrystusa, i poprzez Jego miłość, służyć innym w
sposób specjalny”.
Charyzmat ks.
Chevalier’a był łaską, dającą mu wizję
osobistą i dynamiczną, która wymagała konkretnej odpowiedzi.
Poprzez życie jego samego i doświadczenia życiowe aktualnych
wspólnot religijnych, założonych przez niego, możemy odkryć
charyzmat Chevalier’a.
Istnieją
trzy zgromadzenia zakonne, które czerpią swoje podstawy z inspiracji ks.
Chevalier’a:
Misjonarze Najświętszego Serca Jezusowego, Córki Matki
Bożej Najświętszego Serca Jezusowego i Misjonarki
Najświętszego Serca Jezusowego z Hiltrup. Analizując sposób, w
jaki żyją te zgromadzenia, odnajdziemy cechy wspólne i
charakterystyczne, które wskazują na charyzmat ich założyciela.
Pojawia się tu jasny zbieg okoliczności w trzech punktach:
1.
Głęboka
troska o wszystkich ludzi, szczególnie o tych, którzy cierpią na choroby
naszych czasów; silne zainteresowanie ludzkością.
2.
Wiara
w miłość Bożą objawioną w Chrystusie i
przeświadczenie, że ludzie mogą w niej znaleźć
odpowiedź na swoje najgłębsze potrzeby. Konsekwencją tego
stwierdzenia jest misja: zanieść tę miłość do
ludzi.
3.
Ta
miłość powinna się objawiać poprzez miłosierdzie,
uprzejmość i dobroć ze strony tych, którzy są wezwani do
uczestnictwa w misji Chrystusa: „objawić dobroć Bożą”.
Jeśli
charyzmat założyciela jest żywy w trzech zgromadzeniach, które
założył, wnioskujemy, że charyzmat Chevalier’a zawiera
się w tych trzech punktach niezmiennie. Istnieje dochodzenie historyczne,
według którego
były one częścią składową wizji
jego własnego powołania. Będziemy je rozpatrywać
indywidualnie, pamiętając, że z doświadczeń człowieka
przebija jego natchnienie i kształtuje się jego charyzmat. Nie ma
potrzeby trzymać się porządku logicznego czy teologicznego.
1 – Troska Chevalier’a o ludzkość
Najstarsze dokumenty Zgromadzenia Misjonarzy
Najświętszego Serca Jezusowego wyrażają troskę,
którą odczuwał Chevalier wobec „chorób naszej epoki”. Widział on
w kulcie Najświętszego Serca „lekarstwo na choroby naszych czasów” i
pragnął zorganizować stowarzyszenie księży, aby
walczyć z tym złem. W Regule Instytutu i w pierwszych konstytucjach,
wyjaśniając celowość i zadania nowego zgromadzenia,
obstawał przy tym, iż, „kult Najświętszego Serca objawia
się jako skuteczny środek do leczenia zła na świecie, który
wzrasta w niedbalstwie i jest dotknięty wieloma chorobami.”
Dokument z roku
1866. w formie prospektu o Misjonarzach
Najświętszego Serca Jezusowego jest bardzo pouczający; prawie
trzy pierwsze strony są poświęcone współczesnemu złu i
środkom na jego zlikwidowanie.
Chevalier
widział, mimo całego specyficznego systemu, egoizm i
obojętność, które zamierzał zwalczać. Egoizm i
obojętność wobec Boga i prawa człowieka mają dzisiaj
inne przejawy zewnętrzne. Każdy, kto czuje się „zainteresowany
ludzkością” wie, gdzie można je odnaleźć.
Młody
Chevalier był zainteresowany ludźmi, którzy cierpieli z powodu
zła tamtych czasów. Był przejęty nędzą życia w ówczesnym okresie.
Szczególnie interesował się ubogimi w ich „podwójnej nędzy:
materialnej i duchowej”, gdyż oni są „uprzywilejowanymi
przyjaciółmi” Najświętszego Serca. Ci „uprzywilejowani
przyjaciele” nie są jedynymi przyjaciółmi i dlatego ks. Chevalier
nigdy nie myślał o ograniczeniu prac apostolskich swojego
Zgromadzenia do tych tylko, którzy są rzeczywiście ubodzy „duchowo i
materialnie”. Czuł, że życie wszystkich mogłoby się
stać bogatsze dzięki duchowości Najświętszego Serca.
2 – Jego odkrycie (w kulcie Najświętszego Serca) „Chrystusa miłosiernego”, zatroskanego o ludzkość.
Juliusz Chevalier
dobrze wykorzystał czas studiów seminaryjnych. Jednak ani studia, ani jego
osobowość nie były zdolne umieścić w duszy
płomienia, zdolnego przemienić zwykłą i
wspaniałomyślną odpowiedź w łaskę
charyzmatyczną. Sprawił to żywy kontakt z kultem Najświętszego
Serca Jezusowego. Zanim to się stało, Juliusz wyobrażał
sobie praktyki religijne jako zwykły obowiązek. Był to
obowiązek doskonały, przywilej indywidualny, który wymagał
naszej wdzięczności i naszej wspaniałomyślnej
wzajemności.
Niemniej jednak
przemiana jego życia,
jego inspiracja duchowa i apostolska miały miejsce wtedy,
kiedy to jego profesor teologii miał wykład o Najświętszym
Sercu: „Z taką pobożnością i kompetencją... ta doktryna dotknęła wprost mego serca.
Rozmyślając o niej, za każdym razem stawała się coraz
bardziej ponętna.”
Było to
czymś więcej niż zwykła reakcja emocjonalna na
„prywatną pobożność”, jak niektórzy uważają,
jeśli by ją rozpatrywać tylko z punktu widzenia istotnego
rozwoju teologii i nauk biblijnych. Dla Chevalier’a było to
głębokie doświadczenie duchowe. Kilka krótkich uwag pomoże
nam zrozumieć, dlaczego tak było. W owym czasie w wielu seminariach:
-
Katecheza
była zwrócona na „znajomość”prawd wiary i wykład o
przestrzeganiu przykazań.
-
Praktyki
religijne były uważane za ciągły obowiązek religijny.
-
W
studiach nad Biblią podkreślano bardziej egzegezę tekstów
niż pogłębianie konkretnych tematów biblijnych.
-
Teologia
dogmatyczna mówiła dużo o prawdach, w które należy wierzyć,
jednak kult Najświętszego Serca dawał obraz całości
wiary, gdyż był miłością objawioną przez Boga,
aby ludzie odpowiedzieli na nią miłością.
Juliusz Chevalier
nauczył się patrzeć zawsze na „Jezusa, który nas prowadzi w
wierze do doskonałości”. Nauczył się podziwiać
Chrystusa jako „światło promieniujące chwały Bożej i
idealne odbicie w Jego naturze”, i przez to pojął, że
naturą Boga jest Miłość. W końcu doszedł do
wniosku, że „Jego jedyny Syn, poczęty w wieczności przez Serce
Boga Ojca jest odblaskiem Jego miłości wśród ludzi”. I tak
została objawiona miłość i dobroć Boga, naszego Zbawiciela,
Juliuszowi Chevalier’owi. Nauczył się on
poznawać Chrystusa, wielbiciela Ojca. Odnalazł Jezusa, który
„litował się nad tłumem”. Chrystusa, który „odczuwał z nami
naszą nędzę”.
Jego nowa wizja
nie zaprzeczała poznaniu zdobytemu wcześniej. Uzupełniała
je. Jezus jako Jedyny oddaje doskonałą cześć Ojcu. „Serce
jest punktem centralnym Jego Boskiego człowieczeństwa. I tu, na tym
świętym ołtarzu, Jezus ofiaruje Bogu, swojemu Ojcu, uwielbienie,
które jest nieskończone i godne Jego wielkości...To boskie serce jest
z natury wielbicielem Boskiego Majestatu”. Dlatego też, „jeśli
religia jest węzłem, czy nie powinna to być więź
miłości, jedyna, która może osiągnąć
więź duchową? I jeśli rozumiemy religię jako sens
przymierza zerwanego i odnowionego, pytam: czyż nie miłość
dała nam węzeł, który zjednoczył dwa rozłączone
końce?...”
To objawienie
się Chrystusa w Jego miłości, które było „ostatnim
wyrażeniem wszystkich rzeczy”, przyszło w momencie ogromnego
lęku, w trosce
o ludzi obojętnych i pogardzanych. Chevalier odkrył, że Chrystus
był jeszcze bardziej niż on zatroskany o ludzkość. „Podczas
Swego ziemskiego życia czuł się szczęśliwy, mogąc
wylewać całą tkliwość Swego serca na maluczkich,
biednych, pokornych i tych, którzy cierpią, na grzeszników i na
wszelką nędzę ludzkości. W obliczu nieszczęścia i
niedoli litość wywoływała w Jego sercu miłosierdzie”.
I tak dla niego
Najświętsze Serce było pełne „miłości i
miłosierdzia”. „Serce Jezusa jest ze swej istoty miłosierne”.
„Miłosierdzie Boże pojawia się na każdej stronie
Ewangelii”. Dla Chevalier’a atrakcyjnym jest obraz Chrystusa Dobrego Pasterza.
Temu tematowi poświęca sporą liczbę rozważań (w
różnych aspektach) i proponuje swoim misjonarzom przykład Dobrego Pasterza.
Chevalier’owi
wydawało się bezsensowne wcześniejsze rozróżnienie
pomiędzy „iść wprost do Chrystusa” i „iść do Chrystusa
poprzez Jego Serce”. Jak już zauważyliśmy wcześniej,
żył on w okresie, w którym tylko Najświętsze Serce
ukazywało Chrystusa miłosiernego z Ewangelii. Była
to epoka, w której ludzie byli bardzo wrażliwi na symbole. Symbol
prowadził wprost do symbolizującego, mimo iż sam w sobie nie
byłby obiektem przyciągającym uwagę. „Najświętsze
Serce jest streszczeniem i wyrazem życia Jego Boskiej Osoby. Mój
Boże, Ty jesteś Sercem, gdyż Jego Serce i On sam są
czymś jednym”. „Ta Boska miłość, rozpatrywana w całej
swej rozciągłości, czy też w niej samej i w jej
różnych objawach, jest obiektem formalnym...głównym
i duchowym obiektem kultu Najświętszego Serca”.
Chevalier
myślał o Chrystusie, którego Serce czuło litość wobec
tłumów. Chrystus, będąc „cichy i pokornego serca” mógł
ulżyć cierpieniu tych, którzy przyjdą do Niego, aby
znaleźć odpoczynek dla swoich dusz. Jednak Jezus pokorny nie jest
Jezusem słabym; Serce Jezusa posiada w stopniu doskonałym cnotę
odwagi, siły, wytrwałości i szlachetności.
Juliusz Chevalier
odkrył swój charyzmat: „sposób patrzenia na Jezusa z Ewangelii, zwracanie
specjalnej uwagi czy nacisku na niektóre sposoby naśladowania Go i
służenia Mu w braciach”. Podkreśliliśmy jego sposób
widzenia Jezusa z Ewangelii. Możemy zauważyć, że zgadza
się to z jego troską o ludzi. Trzeci aspekt charyzmy Chevalier’a
można by wyrazić tak:
3 – Misja miłości objawiająca
dobroć Bożą
Misja ta
realizuje się w formie służby i w sposobie służenia: z
miłością i dobrocią.
a) Służba
Zawiera się
w byciu misjonarzem miłości Chrystusa, pracowaniu nad wyzwoleniem
ludzi spod jarzma zła swej epoki. Wyjaśniając motywy istnienia
MSC, ks. Chevalier przedstawił podwójny motyw: „doskonałość
kultu Najświętszego Serca i rozpiętość zła, na
które jest on lekarstwem”. On wierzył, że ten podwójny motyw
usprawiedliwiał „założenie specjalnego zgromadzenia, którego
członkowie, z upodobaniem i z powołania poświęcą
się w sposób szczególny służbie Najświętszego Serca,
będąc apostołami podającymi lekarstwo i szerzącymi
Jego dobrodziejstwa”. Można to uznać za podwójny obiekt, czy lepiej,
możemy uważać go jako roszczenie urzeczywistnienia całego
orędzia chrześcijańskiego miłości odkupieńczej w
całym życiu ludzkim, tak osobistym, jak i społecznym. W swojej
książce o Najświętszym Sercu Jezusowym, Chevalier daje
kilka wskazówek o tym, jak kult Najświętszego Serca jest lekarstwem
na choroby tamtego okresu. Cytuje Monsenhor’a Baudry’ego:
„... egoizmowi naszych czasów i jego tendencjom zmysłowym, obojętności religijnej,
przeciwstawia nabożny kult, najczystszy, najbezinteresowniejszy,
najmiłosierniejszy i najtkliwszy”.
Wyjaśniając to lepiej, ks. Chevalier ukazuje, jak
przedstawienie Chrystusa pokornego pozwala zwyciężyć pychę;
posłuszeństwo Chrystusa, całkowicie poddanego woli Ojca, jest
wezwaniem dla ducha całkowitej niezależności człowieka;
ogromna miłość Chrystusa i Jego pragnienie jedności
przezwycięża ducha podziałów; w końcu,
wspaniałomyślna i hojna siła Chrystusa wyzwala nas od ducha
służalczości Państwu, kiedy to prosi nas o rzeczy
niesprawiedliwe. Kiedy powinno się dać Cezarowi, co należy do
Cezara, chrześcijanie mają odwagę bronić wymagań prawdy
i sprawiedliwości.
b) Sposób służenia: z
miłością i dobrocią
Pierwszą odpowiedzią naszej wizji Chrystusa w miłości będzie oczywiście wzajemna miłość i uczestnictwo w Jego miłości wobec innych. Będziemy Mu służyć, praktykując Jego cnoty: Jego gorliwość w głoszeniu chwały Bożej, Jego obecność, Jego miłosierdzie wobec wszystkich, Jego uprzejmość, Jego pokorę i Jego ducha ubóstwa.
„Bóg, który jest samą dobrocią, którego serce jest przepełnione miłością wobec tych, którzy płaczą, jęczą i cierpią, chce widzieć swoje dzieci na Swoje podobieństwo. Kiedy spotka duszę prawdziwie miłosierną, obdarzy ją nieskończonymi łaskami”.
Chevalier lubił bardzo figurę Dobrego Pasterza i używał jej, aby objaśnić, jak misjonarze powinni służyć: „z czynną miłością Chrystusa wobec ludzi, szczególnie z Jego ogromnym miłosierdziem wobec zagubionych owiec”. „Dobroć, miłość, miłosierdzie. Te cnoty Duch Święty zawsze nam zaleca”.
„Ogromne miłosierdzie, które powinno wyrażać się w sposób ludzki i czuły: słowo od serca, wypowiedziane z zainteresowaniem, z miłością, ze współczującą dobrocią...” Powinniśmy praktykować szczególnie łagodność, której nas uczono, nakazaną przez Chrystusa jako cnota uprzywilejowana Jego serca...Ta cnota jest niezbędna...Wraz z nią osiągniemy wszystkie pozostałe. Rzeczywiście, nie możemy być łagodni bez bycia pokornymi, miłosiernymi, cierpliwymi, panami nas samych i naszych pragnień”.
Słowo „łagodny” nie wyraża całości cnoty, którą Chevalier miał na myśli. Dla niego zawierała się ona w pierwszym rzędzie w sile, która pozwala nam opanować naszą pychę, naszą niecierpliwość, nasze zmęczenie; była też podstawą wiary, według której każdy człowiek jest dla nas „bratem w pełnym znaczeniu tego słowa”, i chęcią zachowywania się wobec niego z dobrocią i wspaniałomyślnością, które ta akceptacja zakłada. Wyraża się to w sposób bardzo jasny w konstytucjach MSC: „Aby się przedstawić jako prawdziwi uczniowie Tego, który się ogłosił jako cichy i pokornego serca, będą używać wiele łagodności wobec braci, z głęboką pokorą i całkowitym zapomnieniu o sobie samym. Ich największym zainteresowaniem będzie przekonywanie ludzi, że jarzmo najukochańszego Zbawiciela jest słodkie i Jego brzemię lekkie. Idąc śladami Dobrego Pasterza, pozyskają swoje owce dobrocią, przyciągając ich więzami miłości. Jeśli będzie to konieczne, poniosą ich na swoich ramionach”.
Gdyby te wydarzenia zostały zapisane później, nie zrozumielibyśmy, w jaki sposób Chevalier – jeszcze jako kleryk- stał się osobą pełną charyzmy.
„Doktryna o Najświętszym Sercu Jezusa - mówił on - dotarła wprost do mego serca.” Jednak nie wypłynęła natychmiast z niego, aby pokazać się na zewnątrz jego osoby. W swoich wysiłkach, aby żyć życiem duchowym, stał się bardziej wymagający, poważny, twardy jak stal w stosunkach z innymi. Jednak podczas rekolekcji przed subdiakonatem zdarzył się na oczach jego towarzyszy mały cud: „..w dniu święceń- napisał ks. Piperon- jeszcze zaskoczony, pojawił się on całkowicie przemieniony, subdiakon pogodny, uprzejmy i zawsze uśmiechnięty. Byliśmy zachwyceni tą nagłą przemianą, dokonaną podczas rekolekcji i dzięki łasce święceń. Czcigodny ks. Chevalier zrozumiał, że aby czynić dobro, musiał czynić to w sposób atrakcyjny, dobrocią, której towarzyszy święta radość i uprzejme traktowanie. Raz podjęte postanowienie utrzymywał z determinacją, bez żadnego uchybienia. Od tego momentu jego wpływ wzrastał. Ci, którzy uciekali od niego, teraz czuli się przyciągani przez jego pogodę ducha, jego uprzejmy sposób mówienia, którym zawsze umiał wskazywać na Boga, dla większego dobra słuchaczy”.
Po pięćdziesięciu latach wydarzenia te pozostały jeszcze żywe w pamięci księdza Piperona: „...dzisiaj, po pięćdziesięciu latach, spotykamy go zawsze dobrego, współczującego, kochającego wszystkich, którzy zbliżali się do niego. On robił wszystko dla wszystkich, aby w końcu pozyskać ich dla Chrystusa. To jest ten wielki sekret, w jaki sposób przyciągał do siebie tylu ludzi z tylu krajów. Nikt nie odchodził od niego bez słowa pokrzepienia czy też z postanowieniem bycia lepszym”.
Przez sześćdziesiąt lat ksiądz Chevalier żył „swoim charyzmatem dobroci”.
Charyzmat
wyraża się w całkowitym przeżywaniu duchowości
chrześcijańskiej, akcentowaniu sposobu widzenia misterium
chrześcijańskiego i uwypukleniu czy daniu pierwszeństwa praktyce
ustalonej cnoty chrześcijańskiej. Przypatrzmy się najważniejszym
elementom duchowości, która pochodzi z Charyzmy przedstawionej w
poprzednim rozdziale.
Dla swojego
Zgromadzenia Chevalier wybrał nazwę Misjonarze
Najświętszego Serca Jezusowego, i nie był to wybór przypadkowy.
Nie użył tego terminu w ścisłym znaczeniu „misji”
wśród tych, którzy jeszcze nie słyszeli Ewangelii. Użył
słowa „misjonarze” w szerszym znaczeniu, aby byli posłani do tych,
którzy są w potrzebie, by zanieść im „bogactwa miłości
i miłosierdzia Serca Jezusowego”.
Aspekt tej misji
zawiera w sobie Tego, który posyła misjonarzy („misjonarz” oznacza
„posłany”). Tu ks. Chevalier miał już pewną intuicję
prawdy o życiu religijnym aktywnym, która była mocno podkreślana
przez teologów po Soborze Watykańskim II.
„Każda
wspólnota apostolska powinna opierać się na samym Jezusie i
zgadzać się z Nim w wypełnianiu misji, którą otrzymał
jako Syn od Ojca”. „Zakonnicy - apostołowie są jak Chrystus
posłani przez Ojca, zjednoczeni z Nim poprzez działanie i
modlitwę i pobudzani przez Jego Ducha”. Ks. Chevalier pisał: „Jezus
jest pierwszym Misjonarzem Najświętszego Serca. On pierwszy dał
poznać ludziom ogromną miłość, jaką ma wobec
nich. W każdym miejscu, zawsze, we wszystkich swoich czynach, oddaje się
On tej misji, którą przybył wypełnić tu na ziemi”.
Rozważając
powołanie apostolskie, ks. Chevalier analizuje podstawy swojej misji.
Rozumie ją jako tę, do uczestnictwa w której
został zaproszony. Dla niego było to czymś więcej niż
czysta spekulacja teologiczna; było doświadczeniem rzeczywistości, w której się
formował.
Zaczął
(podobnie jak wielu mu współczesnych) od głębokiej troski o
ludzi, którym brak miłości, wiary i wartości
chrześcijańskich. Jednak przez pewien czas nie wiedział, jak
rozwiązać skutecznie te problemy. Odkrył jednak Chrystusa
miłosiernego, który jeszcze bardziej niż on odczuwał troskę
o ludzkość. Niemniej jednak stwierdził, że jego
zaniepokojenie było równie ważne. Zrozumiał, że
miłość Chrystusa to Zbawienie.
„Jego
miłość zbawiła świat, Jego krew go
oczyściła, Jego łaska go przemieniła i Jego
tkliwość go zachowała”. Jego poczucie bezsilności
znikło, kiedy poczuł, że jest wezwany do pracy jako
narzędzie mocy zbawczej Chrystusa, aby być posłanym jak On
był posłany, z mocą i miłością Ojca.
„ To robił
Jezus Chrystus dla nawrócenia ludzi: zaprasza nas wszystkich, abyśmy
zjednoczyli nasze wysiłki z Jego, aby pracować z Nim, by
nawrócić tych, którzy zeszli na manowce”. W ten sposób wznosimy się
ponad wysiłek jedynie ludzki. „Staramy się odtworzyć w naszych sercach
uczucia Serca Jezusowego....Życie wewnętrzne odtwarza Jezusa
Chrystusa w nas samych w sposób pełniejszy, abyśmy mogli
żyć jego duchem i Jego życiem”. Nie obowiązuje to tylko w
życiu osobistym jednostki, ale również w tajemnicy apostoła, w
którym „nie człowiek, lecz sam Bóg działa, mówi i uświęca”.
Tak jego troska o
ludzkość stała się misją. To ludzkie zainteresowanie
się bliźnimi, pragnienie czynienia czegoś dla ich dobra jest w
sobie samym darem Bożym. Wszakże mogłaby łatwo ograniczać
się do czysto ludzkiej troski, przeładowanej niepokojem
niezadowoleniem i zniechęceniem, i nie osiągnąć
żadnego rezultatu.
Dla Chevalier’a
realizacja prawd, które sygnalizowaliśmy, przemienia jego ludzką
troskę poprzez waloryzację istoty misji Chrystusa, do której
uczestniczenia został wezwany. On dostrzegł, że jeśliby
Jezus któregoś dnia przestał utrzymywać żywy i intymny
kontakt ze swoim Ojcem Niebieskim, Jego „praca apostolska” stałaby
się bezowocna. Jego dzieło było zbawcze, gdyż był z
Ojcem poprzez Boskie synostwo, przyciągał ludzi do Niego, gdyż
On był dawcą Ducha Św. Każde apostolstwo jest uczestnictwem
w działaniu apostolskim Jezusa, ma podstawy w Ojcu i oddziaływuje
poprzez siłę Ducha.
Tak więc
każdy aktywny zakonnik potrzebuje długicj
modlitwy i kontemplacji, które mu dadzą życiowy i stały kontakt
z Tym, który jest źródłem misji.
Chevalier
wiedział, że jeśli jego misjonarze chcą, aby Chrystus
pracował przy pomocy ich rąk, powinni Go mieć zawsze przed
oczami i w sercu poprzez modlitwę i kontemplację. Tylko w ten sposób
poczują się pewnie, że realizują Jego misję, a Jego
zainteresowanie ludzkością objawi się poprzez ich ludzką
dobroć.
Dlatego
pisał, że jego misjonarze „powinni być zjednoczeni z Boskim
Sercem, pozwolić się przeniknąć Jego uczuciami,
współpracować jako słodkie narzędzia zamysłów
miłosierdzia...” Mówiąc o jego własnej misji powiedział:
„Chrystus jest tym, który mnie posłał i jest przy mnie, nigdy mnie
nie zostawił samego...Nie jestem sam, gdyż Ojciec jest ze mną”.
Dlatego dla ks. Chevalier’a potrzeba, by nie pozostać samemu, potrzeba, by
mieć Chrystusa przy sobie, była życiową w jego koncepcji
Misji.
Kiedy
doszedł do zrozumienia rozległej i głębokiej
miłości odkupieńczej Ojca, objawionej w Chrystusie, Osoba
Chrystusa (widziana jako symbol biblijny Jego serca) zawładnęła
jego wizją w nowej formie. To nie oznacza,
że ludzie mają mniejsze znaczenie, lecz że Chrystus oznacza
więcej. Jego zainteresowanie się drugim człowiekiem nie
zmniejszyło się, niepokój wewnętrzny zginął wraz ze świadomością,
że interes Chrystusa przewyższał jego własny.
Wzrosło jego zaufanie, gdyż widział, że to, co miało
sens, było tylko częścią zainteresowania Chrystusa
ludzkością; to, co mogło być tylko troską ludzką,
przemieniło się w misję, gdyż widział ją jako
powołanie. Rozumiał je jako pozwolenie, by Chrystus kochał
poprzez jego serce. Chciał pracować, żyć i modlić
się, aby wszyscy ludzie mogli zobaczyć, jak Bóg kocha świat.
Dążył
do tego, aby inni przyłączyli się do niego. Oprócz charyzmatu
Założyciela, miał impuls i zdolność pozyskiwania
innych do uczestnictwa i odpowiedzi na jego pomysły...Chciał
mieć towarzyszy, którzy byliby ludźmi czynu; chciał, aby byli
pociągnięci przez Chrystusa, by uczestniczyli w Jego trosce o innych,
tak, by ich własne pragnienia pomagania bliźnim i ich ludzka troska
mogły zostać przejęte przez Boga i przemienić się w
Misję.
„Uświęć
ich w prawdzie...Posłałem ich na świat, tak jak Ty Mnie
posłałeś na świat. Za nich Ja sam siebie składam w
ofierze, aby i oni zostali uświęceni w prawdzie”(J17,17-19). Właściwszym
jest stwierdzenie, że poprzez śluby religijne Bóg nas przeznacza dla
Siebie niż mówienie, że to my poświęcamy nasze życie
na Jego służbę. Podobnie w kwestii misji, możemy
powiedzieć dokładnie tak samo, że jesteśmy posłani
przez Chrystusa, jednak właściwsze jest stwierdzenie, że zostaliśmy
wezwani do uczestnictwa w Jego misji, w miłości Ojca, w takiej
formie, że nasza misja jest rzeczywistą, jeśli Chrystus
żyje w nas i działa przez nas. Wydaje się, że w tej
perspektywie widział Chevalier swoją misję i członków jego
Zgromadzenia. Możemy więc stwierdzić,
że mamy dwie cechy duchowości MSC.
Pierwsza
zaczynałaby się tekstem św. Jana: „Myśmy poznali i
uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam”.
Druga jest
odpowiedzią na zawołanie św. Augustyna z Wyznań: „Wejdź
do swego serca i tam odnajdziesz Boga”. Na podstawie rozważań
św. Jana możemy ustalić duchowość MSC, w czterech
aspektach wiary, w miłości Bożej:
1)
Wierzymy
w miłość, jaką Bóg ma ku nam. Jest to żywe
doświadczenie wiary, które spowodowało oddanie naszych serc
Chrystusowi. Z tego wypływa życie osobistego oddania się
Chrystusowi i Jego Królestwu.
2)
Wierzymy
w miłość Boga do ludzi; miłość, która nada sens i
cel ich życiu, jeśli Go przyjmą. W tym znajduje się
źródło misyjnej i apostolskiej siły.
3)
Wierzymy
w miłość Bożą do wszystkich ludzi, w to, że Bóg
chce, aby wszyscy zbawili się i doszli do poznania prawdy; wierzymy,
iż ta miłość będzie działać poprzez tych,
którzy jej poświęcą swoje życie i mamy nadzieję,
że jeśli będziemy pracować wytrwale i stanowczo, Bóg
sprawi, że nasze zgromadzenie będzie coraz liczniejsze
.
4)
I
jeśli utworzymy grupę ludzi, która zebrała się, gdyż
wszyscy jej członkowie „uwierzyli w Jego miłość”, zakróluje
między nami braterska miłość.
Te prawdy mogą być z łatwością wyliczone. Mogą być przeżywane powierzchownie, lecz mogą też zbudować silną i satysfakcjonującą duchowość, jeśli przyjmiemy niewygody, „umieścimy te rzeczy w naszym sercu”. Jak św. Augustyn musimy wejść do naszego serca i tam odnaleźć Boga; i powinniśmy usłyszeć krzyk tylu ludzkich serc i głębokich potrzeb człowieka: pytań, niepokojów, rozpaczliwej potrzeby nadania sensu życiu, miłości, która byłaby realna, szlachetna i wywyższająca...Musimy zrozumieć, jak wątpliwości i niejasności zniewalają czasami mocno ducha ludzkiego.
Kiedy mówimy,
że nauczyliśmy się wierzyć w miłość
Bożą, objawioną w Chrystusie, wyrażamy
przeświadczenie, że ta miłość jest zdolna nadać
sens i cel całemu życiu człowieka, może być
odpowiedzią na głębokie i trudne pytania, i odpoczynkiem dla niespokojnego serca
ludzkiego.
To zakłada
życie „duchowością serca”. Oznacza to, że:
a)
Mamy
zejść na dno naszej duszy i dostrzec nasze najgłębsze
potrzeby życiowe, potrzebę miłości i prawdziwego sensu
życia.
b)
Mamy
odnaleźć w Sercu Chrystusa, przy pomocy wiary i przemyśleń,
odpowiedź na nasze pytania, tj. w głębi naszej osobowości,
gdzie niepokój człowieka i dobroć Boża spotykają się w
zbawczym wcieleniu.
c)
I tak
umocnieni,
będziemy mieli serca miłosierne, które otworzą
się dla naszych braci i sióstr w
Chrystusie.
d)
Nie
zniechęcimy się i nie stracimy odwagi z powodu trudności.
Naśladujemy Chrystusa, który „ukochał nas sercem ludzkim”, o czym nam
przypomina Sobór Watykański II: „ On przyjął naturę
ludzką, abyśmy mogli poznać, że ponad nami znajduje
się nieskończona miłość Ojca. Wybrana przez Boga,
wszechmogąca miłość Boża zatriumfuje. Tej
miłości uwierzyliśmy”.
„Odwaga,
solidność, wytrwałość”. Te cnoty uważał
Chevalier za cnoty Serca Jezusowego, gdyż wyrażają prawdziwe
przymioty miłości.
On sam miał odwagę podejmować trudne zadania ze względu
na Chrystusa; było to bohaterstwo zaczerpnięte z „wiary w Jego miłość”. Przykładem
jest propozycja podjęcia pracy misyjnej w Mikronezji i Melanezji.
25.06.1881 r. pisał, odpierając zarzuty ks. Guyot’a:
„Nasi zakonnicy...nie są orłami ani
świętymi...są daleko od tego, by
się wywyższać nad innych w pobożności i
posłuszeństwie... Przyjmujemy tę misję, gdyż dobry Bóg
pobłogosławi i wynagrodzi posłuszeństwo i ofiarę”.
Miał odwagę bycia wytrwałym i uporczywym w wielu
trudnościach, przez które przeszedł podczas całego swego
życia.
Miał odwagę zaufać, mimo iż inni tego nie robili i
uważali, że życie zakonne nie ma przyszłości,
szczególnie we Francji. 04.04.1906 r. pisał do
ks. Carričre’a, prowincjała francuskiego: „Wiara
nie umarła...Skąd ks. Meyer wziął ideę, że
zgromadzenia zakonne są przeżytkiem i nie mogą odrodzić
się na nowo? Zapomniał, że dążenie do
doskonałości jest częścią essencjalną
Kościoła...”
W okresie
formacji seminaryjnej zgłębiał fragment „Listu do Hebrajczyków”
( gdzie Chrystus mówi, iż przyszedł na świat, aby
„pełnić Twoją wolę Boże”) i Psalm 40., na który ten tekst się powołuje: „Jest moją
radością, mój Boże, czynić Twoją wolę, a Prawo
Twoje mieszka w moim wnętrzu”.
Słowa te były zgodne z jego
wizją Serca Chrystusa. Posłuszeństwo tak jak pokora,
łagodność i miłosierdzie były uważane za cechy
charakterystyczne tych, którzy ubiegają się o to, aby być
Misjonarzami Najświętszego Serca. Powinni oni zawsze mieć przed
oczyma przykład Chrystusa posłusznego aż do śmierci.
Ks. Chevalier
pisał: „ Ci, którzy wstępują do naszego Zgromadzenia mogą
pozwolić, by inni ich prześcignęli w nauce, umartwieniach i
ubóstwie; jeśli jednak chodzi o posłuszeństwo i wzajemną
miłość nie pozwolą, aby inni byli górą”. Po pierwsze:
wziął tekst św. Ignacego Loyoli i tak go „zaostrzył”,
że przestraszyłby każdego jezuitę. Św. Ignacy
wymagał posłuszeństwa i wyrzeczenia się własnej woli i
sądu, dwóch rzeczy, które miały to samo znaczenie. Dużo mniejszy
nacisk kładł na „posłuszeństwo i wzajemną
miłość”. Jednak ks. Chevalier nie zamierzął
powielać działalności jezuitów, lecz chciał stworzyć
coś nowego.
Jeśli jego
Instytut miał rozszerzać się, jego charyzmat powinien
wyrażać się jaśniej, przybierając formy dokumentów i konstytucji.
Włącza więc nowe akcenty i zastępuje stare wyrażenia, eliminuje
słownictwo militarne. „Wojsko zdyscyplinowane zmieniło się we
wspólnotę apostolską, zjednoczoną i ożywioną przez
miłość. Członkowie zrozumieli, że powiew flagi
wojskowej odstraszyłby owce, zamiast je przyciągnąć
więzami miłości”.
W świetle
tych zmian rozumiemy, dlaczego Chevalier łączy
posłuszeństwo i wzajemną miłość. „Rozumiemy,
że Chevalier obstawał bardzo przy ważności
posłuszeństwa, szczególnie w Instytucie, którego pierwszym celem nie
jest służba (w znaczeniu dokładnie ignacjańskim), ale
miłość Boża, aby to Zgromadzenie mogło rozwijać
się i prowadzić swoją misję. Instytut taki jak jego
powinien odnaleźć siłę, ponad wszystko, w swoim prawdziwym
duchu”.
„Wspólnota” w zgromadzeniu
apostolskim nigdy nie może opierać się tylko na zgrupowaniu
osób, charakteryzującym się wzajemną uprzejmością.
Ważne jest, aby mogło ono liczyć na wielkoduszną
współpracę swoich członków w „posłuszeństwie i
wzajemnej miłości”.
Według
niego, jeśli tylko poczują, że
otrzymali pomoc, będą
żyli dla Chrystusa, który przyszedł, aby wypełnić wolę
Ojca, nie swoją własną.
„Elementem, który
sprawdził się jako jedyny, który tworzy prawdziwe sedno całej
duchowości jest rytm życiowy składający się z
wyrzeczenia i pozytywnej jedności. Żadna duchowość nie
może być realna poza tym rytmem wyrażonym przez Chrystusa w
słowach: „Jeśli ktoś chce być moim uczniem niech
się zaprze samego siebie i weźmie swój krzyż”, co
stanowi stronę negatywną, „i niech Mnie naśladuje”,
stronę pozytywną” .
Widzimy elementy pozytywne charyzmy ks. Chevalier’a. Mogą one wydać się bardzo zachęcające. Mogą też być ogromnie wymagające; nie powinniśmy zapominać o stronie negatywnej wyrzeczenia. W przeciwnym wypadku przeinaczymy nauczanie Chevalier’a w coś podobnego do „słodkiej waty”, tego smakołyku, który dzieci tak lubią, gdyż jest słodki, lecz ulotny.
Zgromadzenie musiało opierać
się na miłości i posłuszeństwie wzorowanym na
Chrystusie. Chevalier był głęboko zaniepokojony o ludzi; ta
troska wyrażała się w całkowitej dyspozycyjności
na co dzień i w wytrwałym oddaniu się apostolstwu.
Czuł
się zachwycony miłością Chrystusa i tylko
kontemplując głębię rany przebitego boku mógł ocenić Jego
miłość.
Charyzmat Chevaliera był charyzmatem
dobroci. To wymagało czegoś więcej niż tylko bycia
uprzejmym w stosunku do miłych osób: „Istnieją dwa rodzaje
grzeczności, których nie powinniśmy mieszać. Jeden rodzaj
wywodzi się z łaski i wysiłków, by ją uzyskać. Drugi
wywodzi się z natury człowieka i jest rezultatem temperamentu. Ten
ostatni, jeśli nie będzie doskonalony poprzez serię cnót, z
łatwością zmieni się w obojętność. Uczyni
charakter uległym, zobojętniałym i gnuśnym. Dusza
pozostanie bezsilna i bez energii... Być nazywanym „poczciwcem” nie jest
cnotą, lecz brakiem, przeciw któremu powinniśmy zareagować”.
Odwrotnie, cnota,
którą nam Pan poleca jest inna: jest owocem modlitwy i szlachetnych
wysiłków; charaktery żywe i niecierpliwe muszą zadawać
gwałt naturze, aby ją osiągnąć...ta
cnota nie jest naturalną cechą człowieka; są niezbędne
ogromne wysiłki, aby ją osiągnąć z pomocą
Bożą. Z natury jesteśmy porywczy, rozdrażnieni, szybko
się zniechęcamy... Przeciwności nas drażnią, opór nas
zapala, sprzeczność nas nudzi. Dlaczego? Dlatego,że
natura ludzka jest słaba, a nasze serce jest pełne pychy. Tak jak zarozumialec
nie jest grzeczny, tak człowiek wybuchowy nie bedzie
pokornym.
„To jest powód,
dla którego nasz Pan łączy dobroć z pokorą i poleca te dwie
cnoty w sposób szczególny: „uczcie się ode Mnie, gdyż jestem cichy i
pokorny sercem”.
Nie ma potrzeby
rozwijania w szczegółach wyrzeczenia wymaganego w duchowości
Chevalier’a. Wszakże raz na zawsze musimy zanotować, że on
uważał to za zasadę zawsze aktualną.
Miłość
wyrażająca się uprzejmością była dominantą
całego życia Juliusza Chevalier’a Była tak charakterystyczna dla
niego, że ludzie przypuszczali, iż jest wrodzona. Jest godnym zanotownia to, co się mówiło o nim: „uprzejmy jak
zawsze”, „miał zawsze czas dla każdego, kto przychodził do niego”. Promieniował
uśmiechem, rozświetlającym jego oblicze. Podobne epitety
pojawiają się w relacjach świadków wydarzeń, których intencją nie
był opis jego charakteru. Z tego powodu mają większą
wartość, bo są bardziej obiektywne. Mówią bardzo dużo
o osobie i jej „wspaniałym uśmiechu”, uprzejmym traktowaniu
wszystkich i
życzliwości. W tym kontekście staje się
też jasnym szczególny dar przewodzenia.
„Miał
wszystko, czego potrzebował, aby kierować i prowadzić ludzi,
umiał ich przyciągnąć, poświęcając się
im; ujmował ich urokiem swojej osoby i wiarygodnością swoich
słów. Robił to wszystko, aby polecić ich Bogu; miał
przecież duszę apostoła”. Jednakże widoczna prostota jego
zachowania była rezultatem ciągłego wysiłku ascetycznego,
wielkiej samodyscypliny. Była to asceza o inspiracji mistycznej, gdyż
wychodziła z założenia, że on osobiście i wszyscy inni
„byli pociągnięci przez miłość serca Chrystusa, wciągnięci
w Jego czułość i otoczeni Jego dobrami”. Natchnienie mistyczne i
wymagania ascetyczne pojawiają się w jego medytacjach o
miłości.
Mistyka w jego
natchnieniu i wyobrażenie praktyki miłości były
bardzo konkretne. „Jeśli unikasz sprawiania przyjemności innym, jeśli uważasz
się za lepszego od nich, jeśli ich odrzucasz, dlatego że nie
podzielają twojej opinii, więc nie masz miłości. Jeśli
kogoś ranisz w czasie dyskusji, gdyż brak ci delikatności i
grzeczności, czyniąc się osobą wyższą od innych
jak ktoś, kto chce wiedzieć wszystko i którego wyroki są
niezmienne, pokazujesz, że brak w tobie miłości. Jeśli
ktoś cię prosi o przysługę, nie odmawiaj mu tego;
jeśli jakiś temat nie zadowala kogoś, staraj się nie
poruszać więcej tego tematu z tą osobą, i jeśli nie
zgadza się z tobą w niektórych kwestiach, nie zaprzeczaj jej z
rozgoryczeniem. Unikaj dysput, plotek, drwin, a także upomnień, chyba że
powinieneś zrobić to z urzędu”.
On czynił
to, co mówił. Na przykład pisał tak: „...jeśli
coś dobrego przydarzy się twemu bliźniemu, ciesz się z nim
jakby to dobro tobie się przydarzyło; pogratuluj mu od serca.
Jeśli stanie się odwrotnie, on będzie cierpiał,
współczuj mu tak jakbyś ty cierpiał na jego miejscu i nie
oszczędzaj wysiłków, aby mu okazać swoją życzliwość”.
Dlatego, że tak dobrze rozumiał praktykę miłości, ks.
Chevalier wiedział, że powinna być ona cnotą
ludzką i że przynosi większy owoc, jeśli jest przyprawiona
szczyptą humoru.
Miłość
była cechą dominującą w jego życiu. Dla niego
miłość była czymś więcej niż tylko byciem
uprzejmym wobec innych. Miłość Chrystusa była tym, co
pomagało mu pracować bez znużenia nad rozwojem Królestwa
Bożego. Ks. Maillard, który znał go dobrze jako sekretarz, dokładnie
wiedział, ile robił Chevalier.
Pisał o prawie niewyobrażalnej wielkości pracy, którą
wykonał on podczas swojego życia:
„Założyciel
i przez 47 lat Superior Generalny Zgromadzenia, które w ostatnich latach
rozwinęło się znacząco; proboszcz przez 45 lat na parafii liczącej 12 tys. wiernych, trudnej do prowadzenia;
przeciążony ogromną korespondencją, znalazł czas, aby
napisać kilka książek, które wymagały studiowania i
zbierania materiałów...Dlatego jest on podawany jako przykład,
niestrudzony pracownik. Jego funkcja proboszcza i Superiora Generalnego
Zgromadzenia sprowadzały do niego ogromną liczbę odwiedzających.
Ks. Chevalier przyjmował ich zawsze z ogromną uprzejmością,
poświęcając im czas potrzebny do omówienia tego, czego
potrzebowali. Po zakończonej rozmowie odprowadzał ich grzecznie do
drzwi, a następnie powracał do przerwanych zajęć, tak jakby
to mu nie przeszkadzało. Można powiedzieć, że był on,
według jego własnego wyrażenia, jak „wół przy pługu”,
robiący bruzdy ze spokojem i wytrwałością, nie
dając się zatrzymać przez chropowatość terenu czy z
powodu jakiejś trudności”.
Był
człowiekiem wdzięcznym, nie przestawał nigdy dziękować
Opatrzności Bożej, dziękował wylewnie wszystkim, co
być może inni traktowali jako obowiązek. Człowiek
autentycznie wdzięczny jest człowiekiem pokornym w sensie, jaki
pokora ma w Piśmie Świętym. To człowiek, który nie przejmuje
się swoją słabością, lecz cieszy się, gdyż
moc Boża przyszła mu z pomocą. Jest to postawa duszy, która
może śpiewać Magnificat wobec wspaniałych dzieł
Bożych i czuje się małym,czyniąc
dobro. Będąc takim, czuł się wolnym i całkowicie
przekonanym, że to, co zrobił było dziełem Bożym. I po
prostu z tego powodu nie lubił, kiedy ludzie go pozdrawiali ze
względu na to, co zrobił. Inni doceniali jego zalety.
„ Wielebny
Ojcze...jesteś szanowany przez swoich synów,
wszyscy zgadzają się, że Opatrzność dała Ci wiele
zalet, którymi są obdarzeni założyciele”.
Jednak ks.
Chevalier zachowywał żywą pamięć o swojej
słabości. W pierwszym rzędzie nigdy nie zapomniał, że
wstąpił do seminarium dzięki Opatrzności. Po drugie:
marzenie założenia MSC stało się możliwym do spelnienia dzięki pomocy z nieba. Po trzecie:
wiedział, że dzięki łasce Bożej ujarzmił swój
charakter i przez to mógł żyć dobrocią Boga. Przekonany,
że wszystko zostało mu dane, przeżywał konsekwencje tego
przeświadczenia. W chwilach radosnych nucił hymn wdzięczności
Bogu i Najświętszemu Sercu i czuł się skrępowany,
kiedy ktoś go chwalił. Był szczery w swojej pokorze, dlatego
też mógł szczerze wyznać swoje
niedoskonałości. Dobry tego przykład znajduje się w jego Testamencie
duchowym; widzimy tu dwa aspekty jego pokory: pokorna pogarda sobą
samym i szczere podziękowanie swoim braciom.
„Wyznaję
pokornie, że nie stanąłem na wysokości zadania, które mi
było powierzone. Nadużycie łaski i moje niezliczone grzechy
wiele razy paraliżowały działanie Boskiej Opatrzności. Bez
wątpienia gorszyłem i dawałem zły przykład.
Proszę pokornie o wybaczenie tego i błagam wszystkich moich braci,
aby mi też wybaczyli i niech proszą Boga, abym
zasłużył na potraktowanie mnie z miłosierdziem i
przyjął mnie do nieba mimo mojej niegodności”.
„Dziękuję
Wam szczerze za przywiązanie, jakie zawsze mi okazywaliście, za
Waszą cenną współpracę, głębokie zainteresowanie
i troskę o Zgromadzenie, za Wasze ciągłe oddanie dla mnie i
naszym dziełom. Jest to wielkie pocieszenie, które zabiorę ze sobą
do grobu”.
Było oczywiste dla wszystkich, niezależnie od znajomości jego braków i prośby o wybaczenie ich, że ks. Chevalier czuł, iż ani on sam, ani inni nie powinni tracić czasu, troszcząc się o jego osobę. Mało się przejmował o swój wygląd zewnętrzny, nawet po tym, jak jeden z parafian zostawił mu grzebień i szczotkę do butów pod drzwiczkami konfesjonału (fakt, który opowiadał z wielkim humorem). Podczas wielkich uroczystości przebywał ze sławnymi gośćmi, mając czapkę za uchem będąc ubranym jak prosty wiejski proboszcz. Napisał „Zapiski duchowe”; czytając je ma się wrażenie jakby były napisane z obowiązku, a nie z chęci mówienia o sobie samym. Podczas mszy pogrzebowej nie było modlitwy żałobnej, gdyż prosił, aby „nie okrywać kwiatami ani jego pomnika, ani też trumny”.
Jest prawdą, że był tak oddany swojej misji dla Chrystusa i dla innych, że nie chciał zwracać na siebie uwagi. Był człowiekiem wyjątkowo zdeterminowanym; człowiekiem jednego dzieła i idei: ABY WSZĘDZIE BYŁO UWIELBIANE NAJŚWIĘTSZE SERCE JEZUSOWE. Dla tego dzieła i idei żył i pracował. Jego koncepcja życia i jego codzienne zajęcia były naznaczone ogromną prostotą, o której mówił Belleville. Było to rezultatem cnoty, owocem wytrwałego wysiłku i decyzji, aby zdobyć panowanie nad sobą. Prostota weszła w jego życie i będąc przekonanym, iż miłość „była główną cnotą Najświętszego Serca”, uczynił z niej normę i styl swojego istnienia.
W życiu wewnętrznym misjonarza wymaga się ascetyzmu wytrwałego i całkowitego. Pierwsze wymaganie miłości Chevalier widział w niezmordowanym wysiłku głoszenia Ewangelii. Drugim jest to, że każdy człowiek i jego relacje z drugimi powinny być pełne dobroci i uprzejmości, które promieniują dobrocią Chrystusa. Nie było to łatwym zadaniem dla niego, gdyż miał żywy temperament, który musiał opanowywać ciągłym wysiłkiem. Udało mu się to przy pomocy łaski Bożej, jak to ukazuje wiele osób, których świadectwa były tu cytowane.
Co więcej, po jego śmierci niektórzy spośród jego znajomych napisali o jego ewangelicznej „miłości nieprzyjaciół”. Bez wątpienia nie zdarzylo się, aby ks. Chevalier klasyfikował swoich przeciwników jako nieprzyjaciół.
Tak zauważa ks. Belleville:
„Próby są naturalnie nieuniknione i nadprzyrodzenie potrzebne. Ks. Chevalier spotkał je na swojej drodze; nie był zaskoczony ani nie stracił odwagi przez to”.
„Taka jest natura ludzka” - odpowiedział kiedyś arcybiskupowi z Bourges, infomującemu go, że jeden z księży bardzo go krytykował, mówiąc, że nie troszczył się on jak należy o swoją parafię. Natychmiast zaczął polecać uporczywie tego księdza, aby otrzymał przywileje kościelne w diecezji. Rzeczywiście, ci, którzy go znali, mówili, że najlepszym sposobem otrzymania czegoś od niego było znieważenie go. Używał tej samej dobroci w stosunku do frankomasonów, którzy konspirując przeciw Kościołowi w ogólności i przeciw jego działalności w szczególności, przychodzili prosić go o pomoc. W takich okolicznościach on wprowadzał w czyn to, co pisał: „...jeśli czasami przez innych będziesz cierpiał, znoś cierpienie jako karę za swoje grzechy, widząc rękę Bożą w tych, którzy cię nękają, gdyż oni są narzędziem Jego sprawiedliwości”.
Łagodność
człowieka silnego
Juliusz Chevalier był człowiekiem o wyjątkowej sile, dzięki której - opierając się na zaufaniu w Boga - mógł pokonywać trudności pozornie nie do wytrzymania. Stąd dochodzimy do wniosku, że był on więcej niż człowiekiem czynu.
Nawet człowiek energiczny z natury nie może znieść, z nadzieją i cierpliwością, pustki długich lat, jak on to zrobił. „We wszystkich okolicznościach opierał się bardziej na Bogu niż na swoich własnych środkach”. Mimo prześladowań politycznych dzięki jego sile i stanowczości Zgromadzenie rozrosło się i kwitło, kiedy inne chyliły się ku upadkowi. Niektóre, mniejsze przestały w ogóle istnieć. Inne, większe i bardziej rozpowszechnione straciły wszystkie swoje prowincje we Francji. On wytrwał, zmęczony, lecz nie zniechęcony, kiedy nowi arcybiskupi z Bourges, pod wpływem informacji niekorzystnych dla niego, byli otwarcie wrogo nastawieni. Kiedy jednak poznali jego prawdziwą wartość, stawali się jego wielbicielami, tak jak arcybiskupi: Marchal i Boyer. „To samo zdarzyło się w trudnych i bolesnych okresach, przez które zgromadzenie przechodziło...( najbardziej przerażające były spowodowane wydarzeniami lat 1891-1894). W tym trudnym okresie większość myślała, że zgromadzenie przestanie istnieć. Ks. Chevalier nie myślał w ten sposób, miał całkowitą i absolutną ufność w szczęśliwe rozwiązanie. Historia pokazała, że miał rację”.
Ks. Chevalier był człowiekiem silnym, w jego życiu osobistym ta siła doprowadziła go ogromnej samodyscypliny. Okazała się ona niezbędna do osiągnięcia cnoty łagodności. Wszystko, co było powiedziane o nim jest świadectwem, że udało mu się to osiągnąć. Nie zapominajmy jednak, że była to łagodność człowieka silnego, gdyż łagodność jest cnotą ludzi wielkich, jest to siła ukierunkowana i kontrolowana. Chrystus nie przestał być łagodnym, kiedy ze względu na chwałę Ojca wypędził kupców ze świątyni. Nie brakło Mu łagodności, kiedy uznał faryzeuszy za dzieci szatana.
Ks. Chevalier miał temperament bojownika. Od czasów seminaryjnych unikał bójek, aby bronić siebie samego lub dobrego imienia. Kontrolował swoją energię i kierował nią, aby walczyć z trudnościami, które dotykały Zgromadzenie. Nawet spotwarzany nie walczył w swojej obronie. Miał łagodność człowieka silnego. Był łagodny, kochający i respektujący wszystko w większości sytuacji życiowych, ale zdecydowanie protestował wobec nienawiści i niesprawiedliwości. Ks. Chevalier, pisze Belleville, „był człowiekiem idei i dzieła”. „Dzieło widzieliśmy. Idea...jest ideą mistyczną, znajdując miejsce w sercu Chrystusa, nigdy z niego nie wyjdzie, niezależnie od tego, co się wydarzy”.
Tymi słowami ks. Belleville opisał w sposób godny podziwu to, co uważał za cechę mistyczną duchowości Chevalier’a. Jednakże rozumiejąc „mistykę” jako spędzanie wielu godzin na modlitwie kontemplacyjnej, nie moglibyśmy tego terminu odnieść do ks. Chevalier’a. Jego pisma, także jego Zapiski duchowe, nie są dosłownie pismami mistyka. Ks. Piperon, z natury „dusza bardziej kontemplatywna” niż Chevalier, uważał, że nie było w życiu Chevalier’a wiele modlitwy, ale zgodził się z wyobrażeniem, jakie sam Piperon miał o idealnym założycielu. Ks. Guyot wyraził tę samą opinię, mimo że odpowiedź Chevalier’a pozwala nam wierzyć, że on spędzał wiele godzin nocnych na modlitwie i nikt o tym nigdy nie wiedział.
Wyrażenie „mistyk” jest używane często na określenie świadomego sposobu przeżywania życia duchowego jako daru doświadczenia Boga, bardziej niż ascetycznego wysiłku osobistego czy ćwiczenia się w cnotach. Życie w miłości może być uważane za cechę mistyczną. Po tym, jak ks. Chevalier przeszedł etap oczywistego wysiłku ascetycznego, jego życie przeszło ogromną przemianę. Odkrył tajemnicę Chrystusa żyjącego w nim, który kochał i działał przez niego. Chrystus był obecny przed jego oczyma w czasie medytacji, był obecny w jego sercu, w jego modlitwie i praktykach miłosierdzia, tak, że wydawał się przeżywać świadomą jedność Chrystusa w „swoich rękach”.Chrystus pracował z nim w jego dziełach apostolskich. Był świadomy obecności Chrystusa w całej jego działalności jak też podczas modlitwy. Dlatego pisał w Regułach: „Misjonarze będą mieli gorący kult godnego uwielbienia Serca Chrystusa; nie zapomną, że Ono jest źródłem wszelkich łask, paleniskiem światła i miłości, przepaścią miłosierdzia; będą się zwracać do Niego często w czasie prób, pokus, trudności i zmartwień”.
Oprócz tego widział on Chrystusa w osobach, z którymi pracował, postrzegając je zawsze jako „dusze tak ukochane przez Chrystusa”. Posiadał, w pewnym sensie, mistykę misji, świadomy uczestnictwa w misji Chrystusa, Najwyższego Kapłana i Apostoła, świadomy miłości Bożej, danej każdemu człowiekowi, z którym się spotykał. Nie chcemy przez to powiedzieć, że on pragnął tylko spotkać Boga w innych, bez wysiłku, spotkać Go na modlitwie i w sposób specjalny w Eucharystii. W jego aktywnym życiu gorliwa praktyka religijna wspólnoty jest potwierdzona przez tych, którzy go znali.
ŚWIADECTWA
W tym rozdziale damy możliwość ludziom, którzy znali ks. Chevalier’a, aby dali świadectwo osobiste i bezpośrednie, i przedstawili go takim, jakim był.
Ze względu na szczególne okoliczności prześladowań zgromadzeń zakonnych we Francji, niewielu braci pozostało z ks. Chevelier’em po 1880 roku. Ci, którzy obserwują z dnia na dzień drugą osobę, dochodzą do poznania z bliska wszelkich jej braków i słabości. Było mówione już, że nikt nie jest bohaterem w oczach swojego sługi. Człowiek, który jest wyjątkiem od tej reguły jest naprawdę człowiekiem wyjątkowym, a ks. Chevalier był godnym uwagi wyjątkiem. Nie chcemy tu dyskutować nad świadectwem kogoś, kto był jego służącym w dosłownym znaczeniu, choć to świadectwo ma swoją wymowę. Brat z Holandii, Br. Van Heugten, który opiekował się ks. Chevalier’em podczas ostatnich lat życia, był wezwany oczywiście, aby wyrazić swoją opinię o Założycielu. Tradycja ustna mówi, że jego odpowiedź była zawsze taka: „Był on gigantem”, co można by przetłumaczyć: „był wielkim w każdym znaczeniu”. Bez wątpienia, szuka się komentarza obszerniejszego niż ten. Zobaczmy niektóre.
Zanim usłyszymy wypowiedzi Misjonarzy Najświętszego Serca, które prawdopodobnie wydałyby się podejrzane, dobrze jest zacytować świadectwo bardziej kompletne i wymowne, które pochodzi od kogoś, kto nie był w MSC, ks. Belleville’a, kapłana diecezji Bourges, który zapisał następującą pochwałę:
„Zapominanie dotyka pamięci większości ludzi, jak trawa pokrywa ich groby. Są jednak tacy, którzy umierając zajmują swoje miejsce w historii i mogą powiedzieć z poetą: „nie wszystek umrę”.
Ks. Chevalier jest jednym z nich. Jego imię jest złączone z dziełem, potomnością żywą, w piersi której on sam będzie żył jak patriarchowie w tłumie swoich potomków i jak założyciele zakonów w swoich rodzinach zakonnych.
Tymczasem patrząc na początek jego drogi duchownej należy stwierdzić, że był on takim samym człowiekiem jak wielu innych. Jego pierwsi mistrzowie mieli wątpliwości co do niego i nie bez wahania dopuścili go do święceń. Był w tym podobny do Proboszcza z Ars, co być może jest zaszczytem dla ks. Chevalier...Pomimo to zwyciężył. Założył Zgromadzenie zakonne, budował pomniki, pisał książki, które nie są arcydziełami, lecz nie brak im stylu i wartości.
Człowieka ceni się ze względu charakter, służbę idei. Wydaje się, że ks. Chevalier przyszedł na świat z ideą, której się oddał bez reszty i bez oglądania się wstecz. Była to idea mistyczna, kult Najświętszego Serca. Całkowicie ją zrealizował: założył Zgromadzenie Misjonarzy Najświętszego Serca Jezusowego. Całe jego życie było w tym zawarte. Był człowiekiem jednej idei i jednego dzieła. Odnalazł swoje miejsce w Sercu Jezusa i nigdy z niego nie wyszedł, bez względu na to, co się wydarzyło. Mało brakowało, aby zamknąć raz czy więcej kaplicę lub bazylikę z różnych powodów, lecz Chevalier nigdy by nie stracił nadziei, by mieć je z powrotem. On nie lubił hałasu. Nie był sprzymierzeńcem przemocy, jednak nie wyrzekł się swych praw; szedł spokojnie do końca i nic nie mogło go odwieść, był bardzo wytrwały.
Odznaczał się niepospolitą siłą, niezłomnym spokojem i opanowaniem siebie. Widzieliśmy go jako ofiarę wszelkiego rodzaju trudności, walczącego z przeciwnościami losu i jako człowieka, który nigdy nie stracił spokoju wewnętrznego. Podczas niezapomnianych dni świątecznych, które gromadziły wielu biskupów, ogromną liczbę księży i tłumy wiernych, daleki od wzburzenia wydawał się być niezmęczonym organizatorem. Oddawał się całkowicie słuchaniu osoby, która z nim rozmawiała i starał się nie mieć nic innego na myśli jak tylko to, co było treścią rozmowy. To człowiek grzeczny wobec wszystkich. Cała jego osoba emanowała prostotą i to prostotą gołębia, który według Ewangelii był sprzymierzeńcem roztropności węża.
Bez wątpienia ks. Chevalier był człowiekiem przeznaczonym do wzbudzenia energii wielu osób. Jego wpływ na misjonarzy można było zauważyć od samego początku. Znalazł tytuł, który nadał Najświętszej Dziewicy i uczynił znanym w świecie chrześcijańskim.. Matka Boża Najświętszego Serca jest wzywana na całym świecie i Issoudun staje się znanym centrum pielgrzymkowym. Powstaje Bazylika, która bez wątpienia potrzebuje czasu, aby został zaaprobowany jej gotycki styl, nie wyłączając najbardziej wymagających krytyków sztuki. Natychmiast miasto Issoudun zostaje powierzone jego trosce. Odtąd ks. Chevalier będzie proboszczem w Issoudun i Superiorem Misjonarzy.
To wielkie dzieło daje mu prawo do chwały w oczach ludzkich i zapewne przed sądem Bożym. Pokazał, że był zdolny poruszyć tylu mężczyzn jak kamienie; podnieść tak budynek zgromadzenia, jak i mury bazyliki. Jego uczniowie pochodzili z wielu stron, z bliska i z daleka, z parafii wiejskich i z seminariów, z różnego otoczenia. W niedługim czasie będzie można ich spotkać w Europie, w Ameryce, w Oceanii...
Nie myślmy, że takie dzieło realizowało się bez trudności i przeciwności; nieudane próby są naturalnie nieuniknione i nadprzyrodzenie potrzebne. Ks. Chevalier spotykał je na swojej drodze i nie był zaskoczony ani zniechęcony nimi, ani też nie stracił pogody ducha, która go charakteryzowała. Jego zgromadzenie rosło szybko ze względu na duże zainteresowanie różnych osób. Oznaczało to jednocześnie rozbieżności torów myślenia, dążeń i tendencji, które powinny wcześniej lub później się objawić. Nie wszyscy byli powiązani z Issoudun, z ks. Chevalier’em. Dla niego była to kolebka jego dzieci i często śnił o tym,że może zgromadzić ich wokół tego błogosławionego ośrodka. Prześladowanie miało rozwiązać problem, wyganiając wszystkich do ojcowskiego domu, skazując ich na zesłanie. Ks. Chevalier został sam w tej części Francji. Superior Generalny Zgromadzenia Misjonarzy musiał wyrzec się tego tytułu i rządów, i ukryć ostatnią więź, jaka go jeszcze łączyła z jego duchową rodziną. Nieco później wyrzucano go z jego domu, mimo że chory został wyprowadzony, jechał niewzruszony niby senator rzymski, na wózku inwalidzkim; wyrzucili na ulicę tego ponad osiemdziesięcioletniego starca...Chevalier wzrastał z jego dziełem szczęśliwie; zakończył swoje doskonalenie się próbą. Umiał zachować, w niezachwianej prostocie reputację katolicką, która go otaczała aureolą. Rzym go szanował i papieże respektowali. Bourges czuł się zaszczycony dając Kościołowi kapłana o tylu zaletach. Mimo iż nie miał serdecznych kontaktów ze wszystkimi arcybiskupami, pod których rządami żył i pracował, Chevalier umiał zawsze pokazać się z dobrej strony, łącząc postawę absolutnego szacunku z poczuciem swych praw i interesów jego wspólnoty. Nie chcemy tu ani też nie mamy możliwości, aby opisać życie Rev. Ks. Chevalier’a. Zadanie to należy do jego synów duchowych; oni z pewnością je wypełnią. Nie mogąc jednak pogrzebać wielu wspomnień o Rev. Księdzu Chevalier tak uroczyście jak miasto Issoudun pochowało jego doczesne szczątki, oddajemy mu przynajmniej tę skromną pochwałę. I nie boimy się zaproponować jego pięknego życia kapłańskiego do naśladowania przez jego braci w kapłaństwie”.
Ten portret jest obiektywny i bardzo wyraziście naszkicowany. To portret człowieka silnego, pogodnego, wrażliwego, dobrego dla wszystkich i we wszelkich przejawach życia, gdyż po zajęciu miejsca w Sercu Chrystusa nigdy Go nie opuścił, niezależnie od jakiegokolwiek wydarzenia. Słowa ks. Belleville’a zgadzają się ze słowami ks. Piperona, który jak nikt inny znał ks. Chevalier’a.
„Jeszcze dziś, po pięćdziesięciu latach, spotkamy go zawsze dobrego, miłosiernego, grzecznego wobec wszystkich, którzy zbliżali się do niego. Stał się wszystkim dla wszystkich, aby zdobyć ich wszystkich dla Jezusa Chrystusa. To był wielki sekret, który mu gwarantował wiele dusz z wielu krajów...”
Może naszym najlepszym i ostatnim świadectwem będzie świadectwo ks. Maillanda, gdyż zostało napisane w okresie trudnym roku 1891. i przedstawione jako oficjalne świadectwo w Kongregacji do Spraw Biskupów:
„Mogę potwierdzić, że od osiemnastu lat mam szczęście należeć do naszego zgromadzenia i przez cały ten czas nie przestałem podziwiać gorliwości i oddania się naszego szanownego Generała i Założyciela; jednak mój podziw wzrósł, stając się uwielbieniem przez ostatnie 5 lat, kiedy to mogłem go ocenić lepiej, widząc z bliska i kontemplując życie ofiarne i ciągłe wyrzeczenia naszego czcigodnego Ojca Superiora Generalnego”.
OSTATNIE CHWILE
Przed śmiercią, mając 87 lat, ks. Chevalier musiał przejść próbę, która była najsmutniejszą w życiu, ale też chwalebną. Powiększając jeszcze bardziej separację pomiędzy Kościołem i Państwem, rząd domagał się zwrotu własności kościelnych i wyrzucał kapłanów z ich domów. Był rok 1907.
„Poniedziałek, 21 stycznia, dzień, który pozostanie na zawsze w pamięci parafian z Issoudun; około 8. godziny rano komisarz policji, wraz z trzema ochroniarzami i dwoma agentami, zjawił się przed domem parafialnym. Drzwi były zamknięte. Mimo gwałtownych nakazów drzwi nie otworzyły się; odeszli więc zdać raport o niepowodzeniu misji. Wrócili o drugiej po południu z policjantami i specjalistą od wyważania drzwi o imieniu Paris, który pracował u niejakiego Naudin’a, ślusarza z ulicy Amendier. Te dwa imiona pozostaną w pamięci potomnych, gdyż większość ślusarzy odmówiła uczestnictwa w tym akcie brutalności.
Po trzech wezwaniach, które nie dały żadnego rezultatu, Komisarz nakazał, aby Paris wyważył drzwi. Ten, blady i trzęsący się wobec tłumu, który zaczął mamrotać, wziął siekierę i uderzył w drzwi, które nie puściły”.
Tłum krzyczał: „Precz złodzieje! Niech żyje ks. Chevalier!”
Każde uderzenie siekierą, które rozlegało się złowrogo, wywoływało bolesne wrażenie na obecnych, którzy powtarzali ten sam okrzyk. W końcu drzwi puściły i Komisarz znalazł się przed obliczem superiora, otoczonego współpracownikami, z hrabią Bonneval i kilkoma ludźmi z miasta. Ks. Chevalier mocno zaprotestował przeciw odrażającym środkom powziętym przeciwko niemu, jako że nigdy nie złamał prawa w tym kraju. Inni protestowali podobnie.
„Po wysłuchaniu ich protestów Komisarz nakazał, aby Chevalier wyszedł. On odpowiedział, że nie może tego zrobić i jeśli chcą go wyrzucić z domu, będą musieli go wyciągnąć siłą. Z rozkazu Komisarza dwóch policjantów zdjęło mu płaszcz i czepek, i chwyciło krzesło pod pachy, na którym siedział czcigodny kapłan. Brakowało im sił, więc pomógł im sam Komisarz. Podczas tej sceny Paris, który wyważył drzwi, ciężko oddychając, z czapką na głowie, palił papierosa.”
„ Kiedy Ks. Chevalier pojawił się w drzwiach niesiony przez policjantów, tłum zaczął krzyczeć: Niech żyje ks. Chevalier! Precz ze złodziejami!” Ks. Chevalier został umieszczony w powozie, który go zawiózł na ulicę Daridan do domu, który został mu oddany do dyspozycji przez hrabiego Bonneval. Śpiewano „Parce Domine”, kiedy na ulicy krzyczano: „Niech żyje ks. Chevalier!”
„Niedługo po dotarciu do nowego domu ks. Chevalier przyjął wielu gości. Każdego dnia niekończąca się kolejka ludzi ze wszystkich warstw społecznych szła złożyć mu hołd i powiedzieć, jak bardzo byli przygnębieni tym zdarzeniem.
Wyrzucając proboszcza Komisarz wyrzucił też jego pomocników, ks. Heriaulta i ks. Bruneta; byli wzięci pod pachy i odprowadzeni do drzwi, gdyż nie chcieli dobrowolnie opuścić domu”.
Jest to relacja emocjonująca i wzruszająca. Pokazuje nam, że ani wiek, ani choroby, ani też prześladowania nie zdołały złamać ducha ks.Chevaliera. Ukazuje nam także lojalność i całkowite przywiązanie jego braci do niego i pozwala dostrzec szacunek ludzi, którzy go kochali.
Ks. Chevalier zmarł kilka miesięcy później, jednak pozostało mu jeszcze coś do zrobienia. Kontynuował i doprowadził do szczęśliwego zakończenia odzyskiwanie dóbr MSC. Musiał jeszcze oddać swoim wiernym cały swój czas, który mu pozostał. Z wyprzedzeniem przygotował swoje Duchowe Testamenty. Mówią one o trudnej sytuacji i troskach po roku 1888. Są wyrazem ojca żegnającego się ze swoimi dziećmi ostatni raz, pragnąc, kto wie czy nie na próżno, przestrzec je przed możliwym zagrożeniem. Powinniśmy je czytać, mając to na uwadze.
Są trzy testamenty, które wskazują na trzy ogromne miłości jego życia: Misjonarzy Najświętszego Serca, Córki Matki Bożej Najświętszego Serca Jezusowego i parafian z Issoudun. Ks. Chevalier pozostawił testament każdej grupie.
W poniedziałek, 21 października 1907 roku, dokładnie 9 miesięcy od wyrzucenia z domu, zmarł ks. Chevalier. Umarł zaopatrzony w ostatnie sakramenty Kościoła, ze swoimi przyjaciółmi i braćmi zgromadzonymi przy jego łóżku. Pomiędzy nimi był ks. Meyer, Superior Generalny MSC. Pozostali przyjaciele byli daleko, jak ks. Piperon i większość braci, na wygnaniu.
Ks. Chevalier nie chciał żadnego kwiatka obok trumny, nie chciał żadnych przemówień.
Wspomnienie tego wielkiego człowieka zakończymy dwoma krótkimi cytatami:
„Pasterz dusz, w najwyższym i szlachetnym znaczeniu tego słowa, ks. Chevalier był przez 70 lat dobrym doradcą, wiernym przyjacielem i natchnieniem wszystkich, którzy odwoływali się do światła jego głębokiej wiary lub zwracali się ku jego sercu, które było źródłem niewyczerpanej życzliwości i miłosierdzia. Prześladowany wraz z wieloma innymi braćmi, pozostał zawsze uśmiechnięty i niezachwiany w przeciwnościach losu; nigdy nie wypowiedział złego słowa przeciw tym, którzy - jak się wydawało - chcieli zniszczyć jego dzieło”.
„Wierni z jego parafii płakali po nim, jak się płacze po ojcu i modlili się do niego jak do świętego”.